5. Bode Museum, Donato Donatello, Madonna Pazzich, 1420

Słuchaj
Madonna Pazzich

Ekspozycja w Bode Museum może wydawać nieco chaotyczna i staroświecka. Był jednak czas, kiedy uchodziło ono za najbardziej nowoczesne w Berlinie, a może nawet w całej Europie. Za jego sukcesem stał Wilhelm Bode – pierwszy kurator i obecny patron. Proponuję, abyśmy w tym odcinku przyjrzeli się bliżej jego działalności.

Dlaczego robimy to jednak przed Madonną Pazzich spod dłuta Donatella? Ponieważ Bode specjalizował się w twórczości tego artysty. Z sukcesem odnalazł i bezdyskusyjnie przypisał mu szereg nieznanych wcześniej rzeźb. Madonna Pazzich to jedno z nich. Zdarzały mu się też bardziej medialne atrybucje. Dzieła, które uznał za prace Leonarda da Vinci i Michała Anioła, okazały się jednak falsyfikatami lub pracami innych artystów. Nie umniejsza to ani trochę byłemu dyrektorowi berlińskich muzeów. Pokazuje raczej, że nawet najtęższe umysły kruszeją pod naporem presji i wygórowanych oczekiwań.

Donato Donatello, Madonna Pazzich / źródło: Staatliche Museen zu Berlin

Wilhelm von Bode był bardzo znanym i szanowanym historykiem sztuki, ale nie aż tak, aby za życia uczynić go patronem państwowego muzeum. Zrobili to dopiero sowieci po zajęciu Berlina. Wcześniej było to Muzeum Cesarza Fryderyka (Kaiser Friedrich Museum), ale ten rzecz jasna źle kojarzył się nowym, komunistycznym władzom, dlatego zmieniono nazwę na Muzeum Bodego.

Wilhelm Bode bez wątpienia zasługiwał na to wyróżnienie. Poświęcił w końcu muzeom berlińskim przeszło 60 lat życia. Zaczynał jako skromny asystent, skończył w roli dyrektora całego kompleksu. Gdy jako ambitny dwudziestosiedmiolatek po raz pierwszy pojawił się w nowej pracy był rok 1872. Niemcy zjednoczyły się zaledwie rok wcześniej. Warto to odnotować, bo atmosfera jaka towarzyszyła temu wydarzeniu, miała zaważyć na całej karierze Bodego.

Młody Wilhelm Bode – jeszcze jako student w 1865 roku / źródło: WikiMedia

We wstępie wspomniałam już, że zjednoczone Niemcy miały ogromny kompleks niższości wobec potęg takich jak Francja i Wielka Brytania. Dotyczył on również sztuki eksponowanej w państwowych muzeach. W 1872 roku Berlin wypadał pod tym względem blado nie tylko na tle Paryża czy Londynu, ale nawet Drezna i Monachium. Należało nadrobić zaległości tak szybko jak to tylko możliwe. Kończyły się co prawda prace nad budową Alte Nationalgalerie, ale to wciąż było za mało. Jeśli berlińskie muzea chciały konkurować z Luwrem i British Museum, potrzebny był im skarb na miarę Mona Lisy czy fryzu partenońskiego. Nie czekano na niego z założonymi rękami. Na wschód ruszyły hojnie finansowane przez państwo i bogatych przedsiębiorców ekspedycje archeologiczne. Ich efekty omówiliśmy w poprzednich odcinkach. Na tym jednak nie koniec. Równolegle trwało polowanie na arcydzieła w Europie. Na rynku sztuki i w prywatnych, arystokratycznych kolekcjach też mogło przecież kryć się wiele bezcennych skarbów. Należało je namierzyć i zrobić wszystko, aby pozyskać je dla Berlina. To właśnie tej misji podjął się Wilhelm Bode.

***

Madonna Pazzich Donatella była jednym z pierwszych większych sukcesów Bodego. Sprowadził ją do Berlina prosto z Włoch dzięki zażyłej znajomości z marszandem Stefano Bardinim. To niezwykle ważne, pod wieloma względami przełomowe dzieło. Donatello na dobre zerwał w nim z tradycją średniowieczną. Porzucił sztywne formy na rzecz pełnej czułości pozy, w której Matka Boska i dzieciątko stykają się czołami. Sposób, w jaki wyrzeźbiona jest nisza, w jakiej znajdują się postaci, zdradza ponadto, że nieobce były mu zasady perspektywy. Biorąc pod uwagę fakt, że sformułowano je około 1420 roku, czyli mniej więcej wtedy, gdy powstał ten relief, to naprawdę niemałe osiągnięcie. Tym bardziej, gdy przyjrzymy się rzeźbie bliżej i dostrzeżemy detale takie jak stópka dzieciątka, która opiera się o podstawę niszy. Artysta igra w ten sposób ze wzrokiem widza. Dzięki temu prostemu zabiegowi płaski relief zyskuje na przestrzenności.

Bode był prawdziwym ekspertem, jeśli chodzi o sztukę Donatella. Poświęcił jego twórczości szereg artykułów i odnalazł na rynku sztuki wiele rzeźb, w których dopatrzył się ręki mistrza. Większość z nich do dziś znajduje się w Berlinie. Bode Museum może się pochwalić największą poza Italią kolekcją dzieł tego artysty. To, że znalazły się akurat w tym mieście, jest wyłączną zasługą Bodego: jego czułego oka, podróży, prowadzonej latami korespondencji i wypracowanej w ten sposób sieci kontaktów wśród najwybitniejszych marszandów i handlarzy sztuki.

Nasz bohater pragnął jednak czegoś więcej. Marzył o muzeum, które w całości byłoby poświęcone sztuce renesansu. Muzeum, które zgodnie z oczekiwaniami jego mocodawców dorównywałoby splendorem wielkim francuskim i brytyjskim kolekcjom. Aby marzenie to miało szansę się spełnić, Bode nie mógł poprzestać na twórcach wczesnego renesansu, których twórczość znał najlepiej. Potrzebny był mu cały przekrój dzieł z tej epoki. Szczególnie cenne były te z jej szczytowego okresu. Muzeum renesansu nie mogło obyć się bez chociażby jednego dzieła Michała Anioła i Leonarda da Vinci. Ich pozyskanie nie było jednak proste. Nie tylko Bode o nie zabiegał. Rozglądali się za nimi absolutnie wszyscy. Brytyjczykom szczególnie zależało na Michale Aniele, bo pech chciał, że nie mieli w zbiorach ani jednego dzieła wielkiego rzeźbiarza. Amerykanie byli głodni sztuki europejskiej wszystkich epok, również tej renesansowej. Sami Włosi także nie palili się do tego, żeby pozbywać się swojego dziedzictwa. Konkurencja była ogromna, a liczba dzieł bardzo ograniczona.

***

Mimo tych wszystkich przeciwności Bodemu udało się zrealizować swój plan. W 1904 roku na Spreeinsel otwartomuzeum zaprojektowane według jego koncepcji. Nie było to miejsce poświęcone wyłącznie sztuce renesansowej. Od samego początku prezentowano tam również dzieła sztuki innych epok. To właśnie renesans wysuwał się jednak na pierwszy plan. Bode miał więc powody do zadowolenia. Co jednak z arcydziełami, które planował pozyskać?

Na tym polu Bode również miał się czym pochwalić. Udało mu się namówić szereg niemieckich kolekcjonerów, aby udostępnili muzeum swoje zbiory. Najcenniejsze eksponaty pozyskał jednak sam. Szczególnie dumny był z dwóch: posągu Jana Chrzciciela, który przypisał Michałowi Aniołowi i woskowego popiersia Flory, które uznał za dzieło samego Leonarda da Vinci.

Zdobycze te nie umknęły uwadze prasy. Szczególną sensację wzbudziło sprowadzenie do Berlina Flory, którą Bode kupił w antykwariacie w Londynie. Nagłówki gazet głosiły, że Bode sprzątnął Anglikom Leonarda sprzed nosa. Mieli być oni nieświadomi tego, że są w posiadaniu tak unikatowej rzeźby, tymczasem niemiecki ekspert z miejsca dopatrzył się, że to Leonardo i kupił je dla muzeów berlińskich za stosunkowo niską kwotę. Był to wielki triumf Bodego. Międzynarodowy sukces, o którym marzył zarówno on, jak i jego przełożeni. Politycy, dziennikarze, opinia publiczna – wszyscy byli z niego prawdziwie dumni.

Euforia niestety nie trwała długo. Na niemieckie rewelacje niemal natychmiast zareagowała brytyjska prasa. Anglicy nie byli równie entuzjastycznie nastawieni do sprawy, i to wcale nie dlatego, że bezpowrotnie stracili wielkie arcydzieło. Mnóstwo ekspertów po prostu nie dawało wiary teorii Bodego. Rzeźba, którą znalazł w Londynie była kunsztowna, ale żeby od razu uznawać ją za dzieło Leonarda da Vinci? Przecież był on malarzem, a nie rzeźbiarzem. Flora byłaby jedyną rzeźbą w jego dorobku. Co więcej wykonaną w nietrwałym wosku. Równie stare woskowe rzeźby można policzyć na palcach jednej ręki. Dlaczego woskowa praca Leonarda miałaby więc przetrwać do naszych czasów?

Wątpliwości jeszcze bardziej przybrały na sile, gdy na łamach “The Times” wypowiedział się niejaki Albert Lucas, syn rzeźbiarza Richarda Lucasa. Był on przekonany, że Flora nie jest dziełem Leonarda ani żadnego innego renesansowego rzeźbiarza. Z prostej przyczyny – na własne oczy widział, jak ojciec pracował nad tą rzeźbą w warsztacie. Historia ta zapewne nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby Flora nie stała się przedmiotem międzynarodowego skandalu. Spodziewam się, że Richard Lucas po prostu liczył na to, że po mocno zawyżonej cenie sprzeda ją jakiemuś fascynującemu się antykami arystokracie. Kupił ją jednak Wilhelm Bode – prawdziwy ekspert jeśli chodzi o rzeźbę czasów renesansu i do tego z wielką pewnością siebie ogłosił ją dziełem Leonarda da Vinci. Tak wielkie nieporozumienie wymagało reakcji. Oczywiście można założyć, że “The Times” spreparował tę opowieść. Problem w tym, że Albert Lucas był w stanie niezwykle  dokładnie opisać sposób, w jaki została wykonana rzeźba i pokrywał się on z jej rzeczywistym stanem.

Flora – rzeźba, której autorstwo Bode przypisał Leonardowi da Vinci / źródło: WikiMedia

Dziś mamy niemal 100% pewność co do tego, że Flora nie jest dziełem Leonarda. Przeprowadzone rok temu badania wykazały, że wosk, z którego została wykonana rzeźba, najpewniej pochodzi z XIX wieku. Również “święty Jan Chrzciciel”, który miał być dziełem Michała Anioła, okazał się pracą innego, nieco młodszego artysty. Mimo krytyki Bode do końca życia trwał przy swoich atrybucjach, choć stały za nimi niezwykle wątpliwe przesłanki.

Dlaczego tak się przy nich upierał? Jak to możliwe, że tak światły i oczytany ekspert zignorował tak wiele sygnałów ostrzegawczych i zwyczajnie dał się nabrać intuicji?

Cóż, nie on jeden zaliczał podobne wpadki. W podobnym czasie na Wyspy Brytyjskie również trafiło wyczekiwane przez lata dzieło Michała Anioła, które dziś także nie jest uznawane za jego pracę. W obu przypadkach ekspertów na manowce zawiodła nadmierna presja. Presja, którą budowali nie tylko dziennikarze i politycy, ale także oni sami, ścigając się na coraz to nowe, głośne atrybucje. Napływające ze wszystkich stron Europy wiadomości o tym, że odkryto kolejną pracę tego czy innego artysty, napędzały wzajemnie badaczy i wyłączały w ich głowach wszystkie lampki kontrolne. W takich warunkach nietrudno o błędny osąd.

***

W Bode Museum nie ma więc ani jednego z dzieł dwójki wielkich renesansowych mistrzów, ale czy to źle? Czy i my nie ulegamy manii wielkich nazwisk? Bodego kosztowało to dość znaczącą rysę na wizerunku. A czym my ryzykujemy? Pominięciem skromniejszych dzieł.

Czy są one gorsze przez to, że nie przyciągają tylu spojrzeń co Mona Lisa? Odpowiedzcie sobie na to pytanie, zerkając na Madonnę Pazzich. Dla mnie ten relief to ucieleśnienie dokonań renesansu. Jego siła tkwi w prostocie i tym, że święte persony zostały przedstawione jak zwykli ludzie – nie mają nimbów ani żadnych innych sakralnych atrybutów. Uświęconą atmosferę zastąpiła atmosfera intymności. Niesamowicie miło patrzy się na tę dwójkę. Nie jest to może równie spektakularne doświadczenie co konfrontacja z monumentalną bramą Isztar, ale zwiedzanie muzeów nie zawsze musi być feerią zachwytów. Czasem, aby prawdziwie docenić jakieś dzieło potrzeba nieco więcej uważności. Dopiero wtedy oko odnajduje detale takie jak iluzja tworzoną przez dziecięcą stópkę opierającą się o marmur.

Max Liebermann, portret Wilhelma von Bode, 1904 / źródło: WikiMedia

Książki i artykuły, z których korzystałam:

Muzyka wykorzystana w podcaście pochodzi z banków Epidemic Sounds oraz Free Music Archive (utwór: Milkwood autorstwa Blue Dot Sessions)

Odcinek zrealizowany pod patronatem Niemieckiej Centrali Turystyki.

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

Odcinek 5