9. Vincent van Gogh, Portret doktora Gacheta, 1890 r., Galerie Bellechasse

Słuchaj

Boję się, że będę w tym podkaście niczym starsza koleżanka z przedszkola, która w tajemnicy zdradza, że święty Mikołaj nie istnieje i tym sposobem psuje całą zabawę związaną z oczekiwaniem na gwiazdkowe prezenty.

Muszę jednak to zrobić. Muszę zerwać z kilkoma mitami na temat Vincenta van Gogha i liczę na to, że doktor Gachet, którego widzisz na portrecie, przed którym się zatrzymaliśmy, mi w tym pomoże.

W żadnym wypadku nie chcę sprawić, abyś przestał lubić i podziwiać twórczość Van Gogha. Vincent van Gogh to wielki artysta i nie zamierzam tego kwestionować. Ale właśnie dlatego, że jest wielkim artystą, zasługuje na to, aby oddzielić jego twórczość od narosłych wokół niej mitów. Van Gogh nie był szaleńcem. Był chory psychicznie i w czasach, kiedy psychiatria stoi na znacznie wyższym poziomie niż w XIX wieku powinniśmy już to rozróżniać.

Vincent van Gogh, portret doktora Gacheta, 1890 r.

Portret doktora Gacheta to ostatni portret, jaki namalował Vincent van Gogh. Obraz powstał w czerwcu 1890 roku. Tego samego miesiąca Vincent się postrzelił. Fakt ten w połączeniu z historią o obciętym uchu czyni Van Gogha jedną z najbardziej tajemniczych postaci w historii sztuki. A tajemnice jak wiadomo prowadzą do różnych dziwnych teorii. Spekulowano, że Van Gogh nie odciął sobie ucha sam, lecz że w szale zrobił to szpadą Gaugin, z którym malarz mieszkał na południu Francji w Arles. Podejrzewano, że nie zabił się sam, tylko padł ofiarą nieszczęśliwego wypadku.

Finalnie i tak wróciliśmy do punktu wyjścia. Obecnie oficjalna wersja wydarzeń mówi, że zarówno obcięcie ucha jak i samobójstwo było wynikiem chwilowego kryzysu, napadu choroby, która najpierw skończyła się samookaleczeniem, a potem odebraniem sobie życia.

Zostawmy jednak ucho – o tym opowiemy sobie przy innej okazji. Ten odcinek miał być o mitach związanych z Vincentem van Goghem. Jest ich wiele, ale dziś weźmiemy pod lupę dwa kluczowe.

Mit nr 1: Unikatowy styl Van Gogha jest efektem jego szaleństwa

Pierwszy i najważniejszy mit to utożsamianie sztuki Vincenta z jego chorobą, którą mogła być epilepsja, schizofrenia albo porfiria – diagnoz są dziś dziesiątki.

Nie musimy jednak tego dociekać. Z naszej perspektywy najważniejsze jest to, że Van Gogh nie malował w czasie napadów swojej choroby. Był zdolny wtedy do wielu różnych rzeczy, okaleczał się, połykał farby, ale nie malował. Fantazyjne kształty na jego obrazach nie są więc widokami, które zrodziły się w głowie szaleńca. Było wręcz przeciwnie i widać to zwłaszcza w portretach.

Van Gogh był bardzo uważnym portrecistą. Tuż przed śmiercią w liście do siostry pisał:

„Chciałbym malować portrety, które będą wyglądać jak zjawy dla ludzi żyjących sto lat później, wyjaśniając dalej, iż chciałby to osiągnąć nie poprzez fotograficzne podobieństwo portretowanych, ale poprzez oddanie ich emocji z wykorzystaniem do tego celu osiągnięć nauki i nowoczesnej estetyki kolorystycznej”

Vincent van Gogh

Nie powiedział tego człowiek, który kładzie farby na płótno nieświadomie, w napływie szału. Van Gogh bardzo dokładnie przyglądał się osobom, które malował, zastanawiał się, jakie kolory najlepiej oddadzą ich osobowość, wprowadzał do kompozycji atrybuty, które mogłyby wyjaśnić, z kim mamy do czynienia. Tak było chociażby w przypadku portretu doktora Gacheta. Kwiat, który widać na stole to naparstnica. Z rośliny tej wytwarzało się niegdyś lek na choroby serca, a doktor Gachet był specjalistą między innymi w tym zakresie. Natomiast dzięki wykorzystaniu tak wielu różnych odcieni niebieskiego obraz oplata nas melancholią, każe nam się smucić. Nie wiadomo tylko, czy losem doktora Gacheta, czy siedzącego naprzeciwko pacjenta.

Zaryzykowałabym więc stwierdzenie, że portretom Van Gogha blisko jest do psychologicznych portretów Rembrandta. Są one równie głębokie. Czasem tylko przebija się przez nie niesamowity smutek.

Nie łączmy jednak twórczości Van Gogha z jego psychicznymi problemami i nie identyfikujmy go z jego chorobą. Wystarczy, że robili to ludzie jemu współcześni. W Arles przezywali go „fou roux” czyli szalony rudzielec. Naprawdę chcemy to powtarzać?

Mit nr 2. Van Gogh umarł jako nieznany i niedoceniony artysta

Drugi mit, z którym chciałabym się rozprawić to niezrozumienie twórczości Van Gogha przez ludzi mu współczesnych.

Historyk sztuki Maria Poprzęcka słusznie zauważyła, że wiele biografii Van Gogha przypomina żywot męczennika, który umarł za sztukę. W takim scenariuszu obrazy Vincenta urastają do roli relikwii. Dzieł Van Gogha się nie ogląda, do nich się pielgrzymuje.

Tylko, że Van Gogh wcale nie był ani męczennikiem, ani niedocenionym, niezrozumianym za życia artystą.  

To prawda, że za życia Vincenta sprzedano tylko dwa jego obrazy, ale pamiętajmy, że żył on zaledwie 37 lat, a zaczął tworzyć gdy miał 28 lat. W czasie tych zaledwie 10 lat twórczości osiągnął bardzo wiele. Cenili go impresjoniści, w tym Pissaro czy Monet, chwalili go marszandzi i znawcy sztuki, tacy jak doktor Gachet, a pod koniec życia powoli zaczynali dostrzegać go też krytycy sztuki. Cezanne czekał na uznanie znacznie dłużej, bo aż do pięćdziesiątki. O nim jednak nie mówi się w takim tonie, bo jego biografia nie obfituje w tak dramatyczne wydarzenia, jak biografia Van Gogha. Odszedł w podeszłym wieku jako spełniony i doceniony artysta. 

Gdyby Vincent nie zastrzelił się w czerwcu 1890 roku, zapewne również żegnano by go z honorami.  Wcześniej zacząłby też zarabiać na swoich obrazach, nie jest wykluczone, że nie mało. Umarł młodo, bo nie poradził sobie ze swoją chorobą. Nie miał też nikogo, kto mógłby mu w niej pomóc. W szpitalu dla obłąkanych, gdzie trafił po odcięciu sobie ucha leczono go bardzo nieudolnie. Do tego było to niezwykle przygnębiające i depresyjne miejsce. Vincent wyszedł z niego jeszcze bardziej chory i zdołowany. Odżył w Auvers, pogrążył się tam w pracy i liczył na to, że uleczy go doktor Gachet, ale i on nie potrafił powiedzieć, co mu dolega. W efekcie historia ta skończyła się tak, jak się skończyła i po latach przeobraziła się w legendę o wyklętym twórcy, który okupił swoją pracę własną krwią.  

***

Jakby legenda Van Gogha nie była wystarczająco wyrazista, uwypuklają ją historie jego obrazów. Ta związana z portretem doktora Gacheta jest chyba najbarwniejsza.

Patrzysz na drugą wersję tego obrazu. Jakiś czas temu pojawiły się hipotezy, które podważają jej autentyczność. Wszystko przez to, że doktor Gachet sam był niespełnionym artystą. W tym sezonie podcastu pojawiło się kilkoro malarzy, którzy wbrew woli rodziców zostali artystami. Doktor Gachet również chciał tego spróbować, ale finalnie się na to nie odważył i zamiast się buntować, posłusznie poszedł na medycynę. Do końca życia był jednak malarzem-amatorem i z tego co nam wiadomo, za zgodą Van Gogha, kopiował też jego obrazy.

Wszystko to sprowadziło badaczy do hipotezy, że portret doktora Gacheta z Musee d’Orsay może być kopią oryginalnego obrazu i namalował go sam doktor Gachet, bazując na portrecie wykonanym przez Van Gogha. Tłumaczyłoby to, dlaczego druga wersja obrazu jest mniej szczegółowa i jakby mniej staranna.

Można by potwierdzić tę hipotezę, prześwietlając oba te obrazy. Problem w tym, że nikt nie wie, gdzie jest pierwsza wersja portretu doktora Gacheta.

Jak to możliwe? Czy tak słynny obraz mógł tak po prostu się rozpłynąć w powietrzu?

Dziwne zrządzenie losu sprawiło, że tak.

Pierwotna wersja portretu doktora Gacheta była początkowo prezentowana w Städel Museum we Frankfurcie nad Menem. Gdy Naziści doszli jednak do władzy, sztuka Van Gogha – podobnie jak twórczość wielu innych awangardowych malarzy – została uznana za sztukę zdegenerowaną. Pracownicy muzeum, chcąc ratować obrazy Van Gogha,  próbowali je ukryć. Tym sposobem portret trafił najpierw do Amsterdamu, a następnie do Nowego Jorku, gdzie pojechał wraz z kolekcjonerem Siegfriedem Kramarsky’m.

W 1990 roku rodzina Kramarsky’ego zdecydowała się sprzedać obraz. Wtedy trafił na aukcję. Został sprzedany za rekordową sumę 82 milionów dolarów. Nowym właścicielem najdroższego wówczas obrazu świata został japoński kolekcjoner Ryoei Saito. Sześć lat później kolekcjoner ten jednak zmarł i od tego czasu nie wiadomo, co stało się z portretem doktora Gacheta. Obraz nie trafił na żadną aukcję i nikt nie przyznaje się, że go posiada.

Nie da się więc porównać obu obrazów, bo nikt nie wie, gdzie jest ten drugi. Trudno przewidzieć, jak skończy się ta historia. Nie zdziwiłabym się, jeśli za jakiś czas portret doktora Gacheta znowu pojawiłby się na aukcji. Wtedy media oszaleją, a cena znowu pobije wszelkie rekordy. Legenda Vincenta van Gogha i tajemnicza historia obrazu na pewno złożą się na niebotyczną sumę, której większość z nas nie potrafi sobie wyobrazić. Choć byśmy nie wiadomo jak się starali, nie zmieciemy bowiem mitów, jakie urosły wokół tej postaci. Powstało na jego temat za dużo książek i za dużo filmów. Szczęśliwie te ostatnie rezygnują już z martyrologicznego tonu. I dobrze, bo Van Gogh zasługuje na to, aby mówić o nim, jak o poważnym twórcy, a nie kreatywnym, bo szalonym dziwaku.  

Książki i artykuły dla dociekliwych:

  • Cynthia Saltzman, Portrait of Dr. Gachet: The Story of a Van Gogh Masterpiece : Modernism, Money, Politics, Collectors, Dealers, Taste, Greed, and Loss, 1999 rok.
  • Polecam też podcast wyprodukowany przez Städel Museum – link

Muzyka wykorzystana w podcaście pochodzi z dwóch banków muzyki: Epidemic Sound oraz Free Music Archive.

Zrealizowano w ramach programu stypendialnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Kultura w sieci

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

Subscribe

Odcinek 9