Zamek Królewski w Warszawie: Rembrandt, Dziewczyna w ramie obrazu, 1641

Słuchaj

Kiedy w Polsce skończył się komunizm? W 1989 roku wraz z wyborami 4 czerwca — odpowiecie. To fakt, musiało jednak minąć jeszcze sporo czasu, zanim wyjechali stąd radzieccy żołnierze. Ostatnie oddziały wycofały się w 1994 roku. Dopiero wtedy Karolina Lanckorońska uwierzyła, że Polska na dobre wyzwoliła się od Związku Radzieckiego i tym samym będzie w stanie zatroszczyć się o jej rodową spuściznę, czyli około 150 dzieł sztuki, z czego aż 15 należało niegdyś do ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. Zgodnie z wolą ofiarodawczyni znajdują się dziś one na Zamku Królewskim w Warszawie. Właśnie dlatego to tam będziemy kontynuować naszą podróż śladami obrazów z dawnej królewskiej kolekcji. Siłą rzeczy najbardziej interesować nas będą dwa najcenniejsze obrazy z tego zbioru, będące jednocześnie jednymi z najcenniejszych dzieł sztuki w Polsce. Chodzi rzecz jasna o Dziewczynę w ramie obrazu i Uczonego przy pulpicie — dwa z trzech obrazów Rembrandta, jakie znajdują się obecnie w polskich zbiorach. Jak trafiły do kolekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego? Co działo się z nimi później? Czemu właściwie są tak cenne? Dowiecie się tego wszystkiego z tego odcinka.

Rembrandt van Rijn, Dziewczyna w ramie obrazu, 1641, Zamek Królewski w Warszawie

Rembrandt van Rijn, Uczony przy pulpicie, 1641, Zamek Królewski w Warszawie

Doprawdy nie potrafię wyobrazić sobie Zamku Królewskiego w Warszawie bez Rembrandtów. Są tam odkąd pamiętam. Staram się do nich zaglądać za każdym razem, gdy jestem w Zamku, najczęściej przy okazji wystaw czasowych. Trzeba przyznać, że warunki do ich oglądania są wprost wyśmienite. Oba obrazy są wyeksponowane w osobnej sali, dzięki czemu można poświęcić im całą uwagę. Choć to jedne z najcenniejszych dzieł sztuki w Polsce, zazwyczaj nie kłębią się też przed nimi tłumy. Można więc do woli się rozkoszować się ich widokiem. Szczególną satysfakcję daje mi patrzenie na Dziewczynę w ramie obrazu, ale nie dlatego, że jest młoda i piękna. To po prostu jeden z tych obrazów, które zdają się ożywać pod spojrzeniem widza. Dziewczyna zbliża się do ramy obrazu, chwyta za jej dolną krawędź i unosi lekko głowę, pozwalając aby światło rozświetliło jej twarz. Jeszcze chwila i przekroczy granicę naszych światów. Wydaje się trwać w ciągłym zawahaniu.

Czy król Stanisław August Poniatowski patrzył na te obrazy z równą przyjemnością? Zgaduję, że tak. Rembrandt był w końcu jednym z jego ulubionych artystów. Poza tym wyeksponował oba te płótna w Galerii Obrazów w Pałacu na Wyspie, a to właśnie tam miał w zwyczaju wieszać ulubione obrazy ze swojej kolekcji, o czym zresztą wspominałam Wam w poprzednim odcinku przy okazji naszej wspólnej wizyty w Łazienkach Królewskich.

***

Król był przekonany, że ma 12 obrazów Rembrandta. Dziś podejrzewa się, że była to mocno przeszacowana liczba. Dziełem innego artysty okazało się chociażby Ecce Homo, a to właśnie z tego obrazu Rembrandta Stanisław August Poniatowski był najbardziej dumny. Dlaczego cenił go wyżej niż Dziewczynę w ramie obrazu i Uczonego przy pulpicie? Ponieważ był to obraz o tematyce historycznej, natomiast oba Rembrandty z Zamku Królewskiego to tzw. tronie, czyli portrety anonimowych postaci. Siłą rzeczy stawiało je to znacznie niżej w akademickiej hierarchii tematów, z którą bardzo się wówczas liczono.

Nicolaes Maes (?) wg Rembrandta, Naigrywanie się z Chrystusa, ok. 1650, Ermitaż

Preferencje króla mogą nas dziwić, ale nie powinny być raczej powodem do zmartwień. Jego najcenniejsze pojechały z nim w końcu do Petersburga i w większości znajdują się tam po dziś dzień. Gdyby król szczególnie wysoko cenił więc Dziewczynę w ramie obrazu, zapewne nie znajdowałaby się ona dziś w polskich zbiorach. Trafiłaby najpewniej do Ermitażu podobnie jak wspomniane Ecce Homo i wiele innych dzieł, które król kazał wysłać do Rosji.

Na szczęście historia obu tych obrazów potoczyła się inaczej, choć trzeba przyznać, że była dość burzliwa. Aż trudno uwierzyć, że oba wyszły cało z tej dziejowej zawieruchy. Jedyna poważniejsza ingerencja, jaka spotkała je przez wszystkie te lata musiała mieć miejsce niedługo przed tym zanim po raz pierwszy wysłano je do Warszawy. Podejrzewa się, że to któryś z handlarzy sztuką potraktował je piłą. Zabieg ten paradoksalnie miał zwiększyć ich wartość. Chodziło o to, aby oba dzieła miały dokładnie taki sam format. Dopiero wtedy mogły udawać pendant, czyli parę obrazów, które dopowiadają wzajemnie swoje historie. Malarzom faktycznie zdarzało się tworzyć takie pary, ale wątpliwe jest, aby w tym wypadku było to zamiarem Rembranta. Dawni handlarze dzieł sztuki nie zważali jednak na takie niuanse – dla nich najważniejszy był zysk. A skoro pendant można było sprzedać drożej niż dwa pojedyncze obrazy, opłacało się im grupować je w pary, nawet jeśli wiązało się to z okaleczeniem dzieła.

Tym sposobem z malowanej ramy obrazu, w której stoi rembrandtowska dziewczyna, zachowała się tylko jej dolna część. W zamian zyskała za to nową tożsamość. Z anonimowej modelki przeobraziła się w żydowską narzeczoną. Uczony na obrazie obok stał się natomiast jej ojcem sporządzającym dokumenty posagowe. To całkowicie fikcyjna historia wymyślona najpewniej przez któregoś z handlarzy. W przypadku pendant była jednak konieczna – to właśnie ona była wartością dodaną windującą w górę cenę dzieła.

Król Stanisław August Poniatowski nie wiedział rzecz jasna o tym podstępie. Pendanty były w tym czasie bardzo modne, więc nie kwestionował teorii jakoby uczony i dziewczyna stanowili parę. Finalnie i tak nie cieszył się tymi obrazami zbyt długo, bo jak wiecie już z poprzednich odcinków tej serii, po trzecim rozbiorze Polski został zmuszony do abdykacji, wyjazdu z kraju i porzuceniu marzeń o własnej galerii sztuki. Kolejnym właścicielem uczonego i dziewczyny został Kazimierz Rzewuski, dawny szambelan Stanisława Augusta Poniatowskiego. W 1815 roku kupił je na aukcji zorganizowanej przez spadkobierców króla. Stąd już zaledwie jedno pokolenie dzieli nas od włączenia obu obrazów do kolekcji Lanckorońskich. Do wspólnego majątku wniosła je Ludwika Rzewuska, jedyna córka Kazimierza Rzewuskiego, a zarazem żona Antoniego Józefa Lanckorońskiego.

***

Lanckorońscy byli od wieków związani z Małopolską. Odkąd stała się ona jednak częścią Austrii, najwyżsi rangą przedstawiciele rodu rezydowali przede wszystkim w Wiedniu. Wraz z nimi do stolicy Cesarstwa Habsburgów trafiły także dwa obrazy Rembrandta. Pozostały tam one aż do 1943 roku. Wtedy zaczęły zbierać się nad nimi czarne chmury. O tym, że Naziści nie przepuszczą okazji ku temu, aby je zarekwirować, było wiadome na długo przed wojną. Lanckorońscy robili więc co w ich mocy, aby wywieźć całą swoją kolekcję dzieł sztuki za granicę. Niestety rząd Austrii nie wydał im na to zgody. Robili więc to potajemnie, małymi partiami wywozili swoje najcenniejsze skarby do Szwajcarii, tak aby nie budzić niczyich podejrzeń. Rembrandty też były gotowe drogi, ale 1 września 1939 roku niestety zastał je w Wiedniu. Wtedy o jakiejkolwiek podróży nie mogło już być mowy.

Obrazy Rembrandta w Pałacu Lanckorońskich w Wiedniu

Zgodnie z przewidywaniami Naziści zarekwirowali całą kolekcję Lanckorońskich niemal natychmiast po wybuchu wojny. Teoretycznie mogli to zrobić już wcześniej – Austria została przecież włączona do III Rzeszy jeszcze w 1938 roku. Mimo wszystko nie było jednak ku temu odpowiednich podstaw prawnych. Po wypowiedzeniu wojny Polsce sytuacja diametralnie się jednak zmieniła, bo Lanckorońscy oprócz austriackiego mieli także polskie obywatelstwo.

Do 1943 roku wszystkie zarekwirowane dzieła sztuki z kolekcji Lanckorońskich pozostawały w Wiedniu. Dopiero gdy armia Hitlera zaczęła ponosić katastrofalne porażki na froncie wschodnim, w panice zapakowano je do furgonetek i wywieziono do kopalni Altaussee w Austrii. W sumie było tam przechowywanych ponad 6000 obrazów z całej Europy, z czego co najmniej kilkaset należało do Lanckorońskich.

Wiecie, że mało brakowało, a wszystkie te skarby poszłyby z dymem? Tuż przed zakończeniem II Wojny Światowej u wejścia do kopalni zainstalowano osiem ogromnych skrzyń opatrzonych napisami: “Ostrożnie Marmur. Nie upuścić!”. W rzeczywistości znajdowały się w nich jednak bomby przeciwlotnicze. Był to efekt rozporządzenia, które historia zapamiętała jako “Rozporządzenie Nerona”. Hitler nakazał w nim zniszczyć wszystko, co mogłoby wpaść w ręce wroga, wliczając w to zrabowane dzieła sztuki. August Eigruber zarządzający kopalnią Altaussee do ostatniej chwili był skłonny wykonać to polecenie, i to nawet po tym jak Hitler oficjalnie się z niego wycofał. Sytuacja była na tyle dramatyczna, że górnicy i kustosze opiekujący się kolekcją zaczęli potajemnie przenosić dzieła sztuki w głąb kopalni, aby przynajmniej część z nich miała szansę przetrwać eksplozję. W ostatniej chwili uratowało je od tego samobójstwo Hitlera. Dopiero wtedy władze centralne podjęły decyzję o usunięciu ładunków wybuchowych.

***

Inwentaryzacji i restytucji dzieł sztuki ukrytych w Altaussee można by poświęcić osobny odcinek podcastu. Nas najbardziej interesują jednak obrazy z kolekcji Lanckorońskich. Udało im się je odzyskać dopiero w 1947 roku. Wtedy nikt z rodziny nie mieszkał już jednak w Wiedniu, w związku z czym Antoni Lanckoroński – brat Karoliny Lanckorońskiej po raz kolejny zgłosił więc do władz Austrii z prośbą o wywóz kolekcji za granicę. I tym razem spotkał się jednak z odmową. Z konieczności ulokował więc obrazy u dobrej znajomej w zamku Hohenems nieopodal szwajcarskiej granicy. Miały tam zaczekać do czasu aż urzędnicy zmienią zdanie. Jakby nie dość jednak było dramatów, w marcu 1950 roku wybuchł tam pożar. Pech? Fatum? Plaga? Nic z tych rzeczy. Dla Lanckorońskich paradoksalnie było to zrządzenie losu.

Ogień faktycznie zajął część kolekcji, ale większość obrazów na szczęście udało się uratować z pożogi. Władze austriackie jednak o tym nie wiedziały. Dzięki temu Lanckorońscy mogli utrzymywać, że pożar przyniósł im znacznie większe straty niż w rzeczywistości. Inwentaryzatorzy zobaczyli na miejscu tragedii tylko co mieli zobaczyć: doszczętnie wypalone wnętrza oraz kilka zniszczonych obrazów i połamanych ram. Pojawiły się co prawda podejrzenia, że Lanckorońscy potajemnie wywieźli wcześniej z zamku część kolekcji, ale nie było na to żadnych dowodów. Władzom nie pozostało więc nic innego, jak pozwolić im wreszcie zabrać za granicę to co oficjalnie zostało z ich kolekcji. Nie była to jednak zgoda bez warunkowa – w zamian Antoni Lanckoroński został zmuszony do ofiarowania jednego z obrazów do Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Był to Jowisz, malujący motyle Dosa Dossiego. Obecnie jest on eksponowany na Wawelu, ale nie doszłoby pewnie do tego, gdyby Karolina Lanckorońska nie wytoczyła procesu władzom Austrii. Udało jej się odzyskać ten obraz tuż przed śmiercią w 2002 roku.

Dosso Dossi, Jowisz, malujący motyle, 1524, Zamek Królewski w Warszawie

***

Gdzie w całym tym zamieszaniu podziały się Rembrandty? Były jednymi z tych obrazów, które udało się ukryć przed wzrokiem austriackich urzędników. Lanckorońscy faktycznie w tajemnicy wywieźli je z zamku Hohenems do Szwajcarii, a następnie ukryli w skrytce sejfowej w jednym z tamtejszych banków. Nie wiedział o nich nikt poza osobami z najbliższego rodzinnego kręgu. Wszyscy pozostali, w tym badacze dorobku Rembrandta, uważali je za bezpowrotnie stracone.

Wyobraźcie więc sobie ich zaskoczenie, gdy w 1994 roku Karolina Lanckorońska ogłosiła, że ofiarowuje na Wawel i do Zamku Królewskiego w Warszawie ponad 100 obrazów ze swojej rodzinnej kolekcji. Wywołała tą informacją istne trzęsienie ziemi. Andrzej Rottermund, który był wówczas dyrektorem Zamku Królewskiego, ponoć nie mógł powstrzymać łez na widok tylu wspaniałych dzieł sztuki. Na świecie też była to nie lada sensacja. Nie codziennie dowiadujemy się w końcu, że po latach odkryto dwa zaginione obrazy Rembrandta.

Niemal od razu rozpoczęła się też dyskusja na temat ich autentyczności. Dziś nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, ale w 1994 roku wcale nie było tak oczywiste. Oba obrazy nie były w końcu wcześniej poddawane żadnym specjalistycznym badaniom. Oba nosiły też ślady licznych przemalowań, które zdecydowanie nie dodawały im urody. Wystarczyło jednak, że konserwatorzy usunęli warstwy pożółkłego werniksu i inne późniejsze dodatki, aby autorstwa Rembrandta było niepodważalne. Przy okazji konserwacji pozbyto się też wtórnych tytułów nadanych obrazom w XVIII wieku. Nie przedstawia się ich już jako żydowskiej rodziny. Dziś to po prostu uczony i dziewczyna. Zupełnie obcy sobie ludzie, których Rembrandt namalował, aby poeksperymentować z ruchem i światłem w obrazie. W międzyczasie przeszli jednak razem tak wiele, że trudno opowiedzieć o każdym z nich osobna. Czy tego chcą czy nie stali się parą obrazów. Nie trzeba już jednak dopisywać im żadnej fikcyjnej opowieści. I tak przegra ona w starciu z tą, którą napisała im najnowsza historia.

Źródła:

  • G. Verschoor, Dziewczyna i uczony. Historia dwóch Rembrandtów z kolekcji Karoliny Lanckorońskiej, Warszawa 2022
  • D. Juszczak, Obrazy z daru Karoliny Lanckorońskiej dla Zamku Królewskiego w Warszawie i ich łazienkowska historia, w: katalog wystawy “Rembrandt i inni. Królewska kolekcja obrazów Stanisława Augusta”, Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, 2011

Muzyka wykorzystana w odcinku pochodzi ze strony Epidemic Sounds oraz Free Music Archive

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

2 komentarze
  • Dzień dobry,

    jestem wielkim fanem Pani serii! Kolekcja królewska SAR to naprawdę fascynujący temat, pełen zagadek i historii.

    Szczególnie ciekawi mnie drugi cykl wedut Bellotta z tej kolekcji – cykl widoków Rzymu. Wszyscy doskonale znamy jego panoramy Warszawy, ale rzymski cykl jest równie interesujący. Lanckorońscy posiadali dwa obrazy przedstawiające wnętrza rzymskich kościołów z tej serii. Natrafiłem kiedyś na informację, że spłonęły one w pożarze u Lanckorońskich, ale innym razem czytałem, że przetrwały. Czy ma Pani może więcej informacji na temat ich losów?

    Pięknie byłoby zobaczyć rzymskie weduty z kolekcji SAR z powrotem w Warszawie. Póki co mamy na Zamku Królewskim dwa obraz z tej serii, to już coś!

    Serdecznie pozdrawiam!

    • Dziękuję za komentarz! Bardzo mi miło, że zainteresowała Pana ta seria. Niestety nie jestem w stanie pomóc w sprawie rzymskich wedut Canaletta – nie będę o nich opowiadać też o nich w kolejnych odcinkach z tej serii, bo mi także nie udało się znaleźć o nich zbyt wiele informacji. Kto wie, może jeszcze kiedyś się odnajdą!

Odcinek 3