Wyobraźcie sobie, że czeka Was przeprowadzka. Nie będzie to jednak proste zadanie, bo w mieszkaniu, które zajmujecie, znajduje się mnóstwo ciężkich, stylowych mebli. W pewnym momencie tragarze chwytają za wielkie dębowe biurko. Nieoczekiwanie dzieje się jednak coś dziwnego — okazuje się, że jego blat składa się w istocie z dwóch części. Postanawiacie zdjąć tę górną, aby przypadkiem nie spadła podczas znoszenia mebla ze schodów. Wtedy waszym oczom ukazuje się nieotwierana od lat skrytka, a w niej trzy niewielkie obrazy malowane na deskach. Wyglądają na cenne, więc czym prędzej zabieracie je do rzeczoznawcy i tam dowiadujecie się, że to poszukiwane od lat straty wojenne zrabowane przez Niemców podczas II wojny światowej. Dodatkowo jeden z obrazów okazuje się podwójnie cenny, bo należał niegdyś do ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. 

Nie jest to zmyślona opowieść. Wszystkie opisane wydarzenia naprawdę miały miejsce. Dokładnie w takich okolicznościach znaleziono Palacza Gabriela Metsu, obraz z kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie będący głównym bohaterem tego odcinka. Dlaczego mało kto więc o tym słyszał? Przecież gdyby dziś doszło do takiej sytuacji, byłaby to sensacja na całą Polskę. Pewnie tak, rzecz działa się jednak w głębokim PRL-u, a wtedy  realia wyglądały zupełnie inaczej. Jeśli macie ochotę poznać dalszy ciąg tej historii, zostańcie ze mną jeszcze przez chwilę.

***

W Muzeum Narodowym w Warszawie znajduje się 56 obrazów z dawnej kolekcji króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Trzeba przyznać, że w większości nie są to najwyższej klasy dzieła, choć rzecz jasna są wyjątki, na przykład Portret staruszki w białym czepku Ferdinanda Bola czy autoportret Bartlomeusa van der Helsta, o którym opowiadałam Wam w jednym z walentynkowych odcinków sprzed kilku lat. 

Ferdinand Bol, Portret staruszki w białym czepku, ok. 1640, Muzeum Narodowe w Warszawie

Palacz Gabriela Metsu również nie uchodzi za arcydzieło. Niektórzy badacze powątpiewają nawet w to, czy faktycznie wyszedł on spod ręki rzeczonego malarza. Nawet jeśli przyjmiemy jednak, że to Metsu go namalował, wciąż będzie to zaledwie jeden z wielu obrazów przedstawiający mężczyzn palących fajki, jakie wykonał w tym czasie. Najczęściej byli to starcy wyposażeni dodatkowo w dzban wypełniony piwem tak jak w tym przypadku. Z jednej strony jest to zwykła scena rodzajowa, jaką można było zapewne zaobserwować w niemal każdej karczmie, z drugiej aluzja do grzesznych ziemskich przyjemności.

***

Za cenniejszy i nieporównywalnie bardziej oryginalny uchodzi inny obraz Gabriela Metsu, który można dziś podziwiać w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Nosi on tytuł Praczka i jak nietrudno się domyślić przedstawia kobietę piorącą bieliznę w drewnianej bali. To również był bardzo popularny motyw w sztuce niderlandzkiej, ale są powody, aby podejrzewać, że to Metsu go wynalazł. Co więcej, nasza Praczka jest jego najstarszym zachowanym obrazem o tej tematyce. Mamy więc do czynienia z pionierską kompozycją, która była potem chętnie naśladowana — zarówno przez samego Metsu, jak i innych malarzy.

Gabriel Metsu, Praczka, przed 1667, Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie

Czemu właściwie wspominam o tym obrazie? Ponieważ Palacz i Praczka stanowili niegdyś pendant, czyli parę obrazów, podobnie jak Dziewczyna w ramie obrazu i Uczony przy pulpicie Rembrandta, o których opowiadałam Wam w poprzednim odcinku. Oni także musieli zostać wyswatani długo po tym jak opuścili pracownię Gabriela Metsu. Osiemnastowieczni handlarze sztuką robili to, aby zwiększyć wartość posiadanych obrazów. W tym wypadku nie musieli nawet zanadto się starać, bo obie prace od początku miały podobne rozmiary. Nie trzeba było więc ich przycinać, tak jak miało to miejsce w przypadku Dziewczyny w ramie obrazu Rembrandta. Wystarczyło oprawić je w podobne ramy i utrzymywać, że Metsu myślał o nich jak o parze. 

Jako para weszły też one do kolekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król kupił je w 1774 roku, a następnie wyeksponował w Pałacu na Wyspie w Łazienkach, gdzie pozostały aż do wybuchu I Wojny Światowej. Po III Rozbiorze Polski spakowano je co prawda do drewnianych skrzyń i przygotowano do tego, aby król Stanisław August Poniatowski mógł wraz z nimi uciec za granicę, ale jak już wiecie, nic z tych planów nie wyszło. Praczka i Palacz wrócili więc do Pałacu na Wyspie w Łazienkach.

I Wojna Światowa obeszła się z nimi dość łagodnie. W 1915 roku wywieziono je co prawda do Petersburga wraz z całym wyposażeniem pałacu na wyspie w Łazienkach, ale na szczęście udało się je odzyskać na mocy Traktatu Ryskiego. II Wojna Światowa znacznie skomplikowała jednak ich losy. Już w 1939 roku oba obrazy trafiły w ręce Nazistów. Prawdopodobnie miały zostać wysłane w głąb Rzeszy. Z jakiegoś powodu odstąpiono jednak od tego pomysłu, przez co całą okupację spędziły w Krakowie, gdzie pieczę sprawował nad nimi Hans Frank. Przechowywano je na Wawelu wraz z wieloma innymi dziełami sztuki zrabowanymi w Polsce. Pozostały tam aż do 1945 roku. Wtedy Niemcy zaczęli w panice się ewakuować. Wraz z nimi Wawel opuściły ukryte tam dzieła sztuki. To właśnie w tym miejscu przez lata urywał się ślad po Palaczu i Praczce. Do czasu …

***

Jako pierwszy odnalazł się Palacz. Wiecie już jak do tego doszło. Przypadkiem natrafiono na niego pod blatem starego biurka. Do kogo należało? Do samego Adolfa Szyszko-Bohusza, słynnego architekta a zarazem kierownika prac renowacyjnych na Zamku na Wawelu. Naziści rzecz jasna usunęli go z tego stanowiska, ale o dziwo pozwolili mu pracować na zamku, tyle że na znacznie niższym stanowisku. Zatrudnili go po prostu w roli kreślarza.

Na obrazy ukryte w biurku natknęła się przypadkiem jego córka, Sława Szyszko-Bohusz. Nie wspomniałam jedynie o tym, że lokal, który musiała opuścić znajdował się na Wawelu. Było to służbowe mieszkanie jej ojca. Po śmierci obojga rodziców Sława nie miała prawa do tego, aby dalej tam mieszkać i właśnie stąd wzięła się opisana na wstępie przeprowadzka. Jak w biurku znalazły się jednak trzy bezcenne obrazy?

Nikt nie jest tego w stu procentach pewien. Podejrzewa się jednak, że Szyszko-Bohusz musiał je po cichu wyciągnąć ze skrzyń pełnych zrabowanych dzieł sztuki, które Niemcy zdeponowali na Wawelu. Najpewniej zrobił to podczas ewakuacji zbiorów w ostatnich dniach okupacji. Gdyby tylko mógł, z radością uratowałby pewnie więcej obrazów, ale w pojedynkę nie był w stanie zdziałać zbyt wiele, więc siłą rzeczy wybór padł na trzy niewielkich rozmiarów obrazy, które łatwo było ukryć pod połami płaszcza, a następnie w biurku. 

Niedługo później wojna się jednak skończyła. Czemu Adolf Szyszko-Bohusz nie przyznał się do tego co zrobił? Nie ukradł chyba tych obrazów dla siebie?W żadnym wypadku. Realia, w których musiał nawigować, nie były jednak wiele prostsze od tych, gdy na Wawelu rezydował Hans Frank. Komuniści zdecydowanie nie byli mu przychylni. W pewnym momencie oskarżyli go nawet o kolaborację z Niemcami. Podobne zarzuty ciążyły nad dyrektorem Muzeum Narodowego w Warszawie Stanisławem Lorentzem i wieloma innymi zasłużonymi działaczami kultury. W takich warunkach ujawnienie informacji o Palaczu i dwóch innych obrazach ze skrytki nie byłoby najlepszym pomysłem. Mogła ona zostać łatwo wykorzystana przeciwko profesorowi. Nie wiadomo, czy powiedział on komukolwiek o przechowywanych w biurku skarbach. Wiele wskazuje na to, że milczał na ten temat aż do śmierci. 

Sława Szyszko Bohusz także bała się informować kogokolwiek o swoim znalezisku, i to mimo tego rzecz działa się znacznie później, bo na początku lat 70., gdy pierwszym sekretarzem był już Edward Gierek. Nowa ekipa rządząca wydawała się przyjaźniejsza od poprzednich, ale nikt nie mógł mieć pewności czy nie są to wyłącznie pozory. Ludzie wciąż mieli w pamięci sytuacje takie jak ta, która spotkała hrabiego Adama Potockiego. Tuż po wojnie usiłował on uciec za granicę wraz z całym majątkiem, w tym gromadzoną od pokoleń kolekcją dzieł sztuki. Pech chciał, że przyłapali go na tym komuniści. Nie dość, że skonfiskowali całą kolekcję, to zrobili z hrabiego kozła ofiarnego, twierdząc, że usiłował ograbić Polskę z bezcennych skarbów kultury.

W praktyce w Polsce Ludowej podejrzany był praktycznie każdy kto posiadał jakiekolwiek kosztowności. Nie dziwi więc, że Sława Szyszko Bohusz kryła się ze swoim odkryciem. W odróżnieniu od ojca nie schowała jednak obrazów w mieszkaniu. Wykorzystując rozmaite znajomości, po cichu przekazała je do Muzeum Narodowego w Warszawie. Wszystko odbyło się w największej tajemnicy. Nikt postronny nie wiedział, że do muzeum wróciły trzy obrazy zaginione podczas II wojny światowej. Tak dla wszystkich było bezpieczniej. 

***

Dopiero w latach 90. XX wieku o sprawie można było mówić głośno. Była ona jednak już wtedy na tyle odległa, że mało kogo interesował ten temat, tym bardziej że na horyzoncie pojawił się inny, jeszcze bardziej ekscytujący. W 1993 roku w domu aukcyjnym Sotheby w Nowym Jorku odnalazła się Praczka, dawna partnerka Palacza. Gdyby nie czujność polskiej Polonii, obraz najpewniej zostałby sprzedany. Dom aukcyjny nie dopatrzył się w jego historii niczego niepokojącego. Jednak gdy polscy dyplomaci zaczęli drążyć sprawę, okazało się, że dzieło trafiło na rynek sztuki w dość podejrzanych okolicznościach. 

Najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Niemcy wywieźli obraz do Bawarii wraz z innymi kosztownościami z Wawelu. Na tym etapie większość oficerów dbała już jednak przede wszystkim o własne interesy, a nie interesy Rzeszy. Nie można więc wykluczyć, że część z nich przywłaszczyła sobie niektóre dzieła sztuki. Szczególnie pożądanym łupem były obrazy w niewielkich formatach, które łatwo było ukryć — dokładnie takie jak Praczka

Nie wiadomo, kto i w jakich okolicznościach ukradł ten obraz. Pewne jest za to, że już w 1949 roku został on sprzedany w prowincjonalnym antykwariacie w Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim. Potem Praczka przechodziła z rąk do rąk, aż wreszcie trafiła do obywatela NRD, który wystawił ją na aukcji w Sotheby. Mimo tego, że wszystko wskazywało na to, że obraz został zrabowany z polskich zbiorów, nowy właściciel nie zamierzał tak po prostu go oddać. Kupił go w końcu legalnie na aukcji w Monako, więc uważał, że należy mu się za to stosowna rekompensata, dokładniej 63 tysiące dolarów. Państwo polskie nie miało wtedy takich pieniędzy. Niestosowne wydawało się także, aby odkupywało od domu aukcyjnego swoją własność. Sprawa wydawała się patowa. W teorii w grę wchodził także proces sądowy z właścicielem obrazu, ale jego koszty najpewniej i tak przekroczyły zaproponowaną cenę. Ostatecznie został on więc wykupiony, ale nie przez polskie Ministerstwo Kultury, tylko Victora Markowicza — milionera o polskich korzeniach, który przed laty wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. To właśnie dzięki jego wsparciu Praczka mogła po latach wrócić do Łazienek Królewskich. 

Praczka na ekspozycji w Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich w Warszawie

Palacz nie dołączył jednak do swojej dawnej partnerki. Pozostał w Muzeum Narodowym w Warszawie, o co zresztą obie instytucje przez lata toczyły ze sobą wojnę i zdaje się, że do dziś nie udało im się w tej sprawie dogadać. W praktyce i tak nic nie łączy jednak obu tych obrazów, więc nikt szczególnie nie boleje nad tym, że zostały rozdzielone. Nikt nie śmie marzyć też o tym, aby na nowo zjednoczyć dzieła z dawnej królewskiej kolekcji. Jest to zwyczajnie niemożliwe, i to nawet jeśli ograniczymy się wyłącznie do obrazów, które znajdują się w polskich zbiorach. Tak po prostu potoczyły się ich losy. Stają się one jeszcze bardziej zawiłe, gdy rozszerzymy nieco perspektywę i zaczniemy tropić je w zagranicznych zbiorach. Okazuje się wtedy, że natykamy się na nie w wielu muzeach, często nawet o tym nie wiedząc. Właśnie dlatego ruszyliśmy w podróż ich śladem. Jak na razie kręciliśmy się wyłącznie po Warszawie, ale najwyższy czas ruszyć w dalszą drogę. Kolejny przystanek to Petersburg. W Ermitażu aż roi się od obrazów, które król Stanisław August Poniatowski kupił z myślą o swoim wymarzonym muzeum. 

Źródła: 

  • W. Kalicki, M. Kuhne, Uprowadzenie Madonny. Sztuka zagrabiona, Warszawa 2014
  • M. Kuhne, Polscy dyplomaci i polskie zabytki, w: “Cenne, bezcenne, utracone”, nr. 4, 2011
  • Rembrandt i inni : królewska kolekcja obrazów Stanisława Augusta. T. 1, Obrazy ze zbiorów: Muzeum Łazienki Królewskie i Muzeum Narodowego w Warszawie : wystawa 19 lipca – 16 października 2011

Muzyka wykorzystana w odcinku pochodzi ze strony Epidemic Sounds oraz Free Music Archive

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

Odcinek 4