3. Walentynki w MNW: Autoportret Bartholomeusa van der Helsta, sala 211

Słuchaj

Autoportret Bartholomeusa van der Helsta zapewne przyciągnąłby Waszą uwagę, nawet gdybym nie nagrała o nim podcastu. Od malarza na obrazie bije pewność siebie. Patrzy wprost na widza i tym sposobem zatrzymuje na sobie jego spojrzenie. W lewej dłoni trzyma paletę i pędzle, więc od razu wiemy, że jest artystą. Zapewne znanym i docenianym. Bartholomeus nie chce jednak, abyśmy patrzyli wyłącznie na niego. W drugiej dłoni trzyma miniaturowy portret młodej kobiety, unosząc go ku górze, tak aby wszyscy doskonale go widzieli. Nie trudno zaobserwować, że jest z tej miniatury dumny. Pytanie tylko, czy dumą napawa go to, że to on ją wykonał czy przedstawiona na miniaturze kobieta?

Przez lata uważano, że jedno i drugie, bo kobietę na miniaturze utożsamiano z żoną Bartholomeusa. Dziś wiemy, że portrecik przedstawia w rzeczywistości kogoś innego, ale zostańmy na chwilę przy starej koncepcji. Niech postać na obrazie nie będzie wyłącznie malarzem, ale także zakochanym mężczyzną, który właśnie sprawił sobie perfekcyjną podobiznę żony. Jak jeszcze mógł jej okazać swoje uczucia? Jakimi podarkami obdarowywali się zakochani w tym czasie? Co można było wręczyć ukochanemu lub ukochanej, aby mieć pewność, że obdarowany dobrze odczyta nasze intencje? Za chwilę Wam o tym wszystkim opowiem. Na koniec zdradzę też, kim naprawdę jest kobieta na miniaturze.

Bartholomeus van der Helst, autoportret / Muzeum Narodowe w Warszawie

Miłość może i jest bezinteresowna, ale z jakiegoś powodu praktycznie od zawsze potrzebowała dowodów rzeczowych. Niektóre z nich okazały się bardzo ponadczasowe. Wymienianie się przez zakochanych biżuterią ma bardzo długą tradycję. Podobnie jest z kłódkami, którymi tak chętnie ozdabiamy dziś balustrady mostów w różnych częściach świata, z tą różnicą, że kiedyś damy przypinały je sobie do sukni.

Miniaturowe portrety – co warto o nich wiedzieć?

Od zawsze silna była też potrzeba posiadania wizerunku ukochanego lub ukochanej. Stąd moda na miniaturowe portrety – były one znane już w starożytności, ale szczyt ich popularności przypada na XVII, XVIII i XIX wiek. Miniatur z tego, czasu jest najwięcej, bo po prostu były malowane na trwalszych materiałach niż te powstające wcześniej. Była to przede wszystkim porcelana i kość słoniowa, której cena znacząca spadła w XVII na skutek coraz liczniejszych morskich ekspedycji. Tego dlaczego skończyła się moda na miniatury chyba nie muszę tłumaczyć. W połowie XIX wieku zwyczajnie wyparła je fotografia.

Miniatury najczęściej powstawały w oparciu o istniejące już portrety i nie zawsze wykonywali je ci sami artyści, którzy malowali pełnoformatowe obrazy. Miniaturzystkami bywały między innymi kobiety, które miały bardzo utrudniony dostęp do formalnej edukacji artystycznej, co nie oznacza że nie podejmowały się takich zajęć. Bardzo często malowały porcelanę, tkaniny albo właśnie miniatury.

Muzeum Narodowe dysponuje pokaźną kolekcją miniatur. Są one prezentowane piętro niżej, w galerii sztuki XIX wieku (sala 107). Zdecydowanie polecam im się przyjrzeć, tym bardziej że zaplanowałam w pobliżu dwa kolejne przystanki. Czemu przy okazji nie zerknąć więc na salę z miniaturami? Zobaczycie tam wiele dawnych dowodów miłości, niektóre w oryginalnych ramkach z epoki. Montowało w nich nie tylko miniatury, ale także pukle włosów, wstążki i inne drobne przedmioty, które przypominały o bliskiej osobie.

Miniatury w Muzeum Narodowym w Warszawie / Wikipedia Commons

Miniatury nie były prezentem zarezerwowanym wyłącznie dla zakochanych. Wymieniali się nimi również przyjaciele, monarchowie i politycy. Wizerunek króla schowany w szufladzie sekretarzyka nie musiał więc świadczyć o ukrywanym przed wszystkimi romansie.

Istnieje jednak rodzaj miniatur, którymi wymieniali się wyłącznie zakochani. Były to miniatury przedstawiające oko ukochanego lub ukochanej. Taki prezent mógł wręczyć wyłącznie ktoś bardzo bliski, kogo można było rozpoznać po takim detalu.

Muzeum Narodowe posiada w swojej kolekcji jedną taką miniaturę. Nie wiadomo do kogo należało przedstawione na niej oko, ani kto je namalował. Wiadomo jednak, czym inspirowany był podarunek.

Prawe oko, miniatura z kolekcji MNW
Miniatury z kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie

Miniatury z przedstawieniem oka upowszechniły się pod koniec XVIII wieku za sprawą głośnej historii o romansie księcia Walii, późniejszego króla Jerzego IV i Marii Anny Fitzherbert. 21-letni monarcha po raz pierwszy zobaczył Marię w operze londyńskiej i z miejsca się w niej zakochał. Uczucie okazało się na tyle silne, że książę postanowił listownie oświadczyć się Marii. Mogłoby wydawać się to mało romantyczne, gdyby nie fakt, że dołączył do listu słynną miniaturę ze swoim prawym okiem.

Maria przyjęła niestandardowe oświadczyny, choć była dwukrotną wdową, katoliczką i zwykłą mieszczką, co dyskwalifikowało ją jako kandydatkę na księżną Walii. Mimo to para w sekrecie wzięła ślub. Potem do akcji wkroczyła jednak monarchia brytyjska. Król Jerzy III nie uznał małżeństwa, kazał synowi zakończyć ten związek i jeszcze raz się ożenić – tym razem z kobietą o odpowiednim statusie. Pamiątką po płomiennym romansie pozostała słynna miniatura, która stała się inspiracją dla setek innych zakochanych par w całej Europie.

Kogo przedstawia zatem miniatura w dłoni Bartholomeusa van der Helsta?

Skoro wiemy już, co nieco o miniaturach, wróćmy do wizerunku w dłoniach Bartholomeusa van der Helsta. Kogo przedstawia i czemu obecnie powątpiewa się, aby mogła to być jego żona? Gdyby malarz chciał sportretować się w towarzystwie żony, zapewne namalowałby ją samą u swojego boku, tak jak robił to Rembrandt, malując siebie i swoją ukochaną Saskię. Portret, przed którym stoimy, to zupełnie inny rodzaj wizerunku i niestety nie kryje się za nim żadna romantyczna historia.

Jest to raczej rodzaj malarskiej wizytówki. Van der Helts prawdopodobnie namalował ten obraz na zamówienie księcia Toskanii Cosimo de Medici III, który w 1667 roku odwiedzał Amsterdam i znajdujące się w mieście pracownie artystów. To wtedy zamówił u kilku malarzy ich autoportrety z myślą, aby dołączyć je do swojej kolekcji. Van der Helst nie mógł sobie pozwolić na to, aby wypaść blado na tle Rembrandta i innych artystów, których książę także poprosił o portrety. Namalował się więc w najlepszym ubraniu oraz z miniaturową pamiątką po najlepszym zleceniu, czyli wizerunkiem księżnej Oranii Marii Henrietty Stuart.

Van der Helts namalował jej portret w 1652 roku. Obraz szczęśliwie się zachował i można go dziś podziwiać w Rijksmuseum. Jeśli porównamy oba wizerunki – portret księżnej i miniaturę na obrazie – od razu poznamy, że Bartholomeus trzyma w dłoni wizerunek monarchini. Przed jego sztalugami stawało wiele możnych osób, ale żadna z nich nie mogła się równać z księżną, dlatego to właśnie w towarzystwie jej wizerunku uwiecznił się na portrecie.

Bartholomeus van der Helst, portret Marii Henrietty Stuart / Rijksmuseum

Portret z wizerunkiem żony może i byłby romantyczny, ale mało opłacalny.  A w tym obrazie chodziło przede wszystkim o interesy – bardziej niż rodzinną fotografię znad kominka, przypomina więc biznesowe zdjęcie z nagłówka firmowej strony internetowej.

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

Odcinek 3