5. Vincent van Gogh, Pieta, Apartamenty Borgiów

Słuchaj
Vincent van Gogh Pieta Muzea Watykańskie

Mało który z gości Muzeów Watykańskich spodziewa się natknąć tu na obraz Vincenta van Gogha. A jednak znajdziemy na ekspozycji jedno jego dzieło, choć dość trudno do niego trafić, bo po obejrzeniu fresków w Stanzach Watykańskich łatwo dać się porwać tłumowi zmierzającemu do Kaplicy Sykstyńskiej. Tymczasem po drodze czeka nas jeszcze ekspozycja sztuki końca XIX i XX wieku, w tym Pieta Vincenta van Gogha – jeden z nielicznych obrazów o tematyce religijnej, jaki wyszedł spod pędzla tego artysty.

Pieta van Gogha to swego rodzaju malarski cover. Vincent zaczerpnął kompozycję tego obrazu od innego artysty, swojego idola Eugene’a Delacroix, czego zresztą nie ukrywa. Gdy przyjrzymy się sygnaturze, dostrzeżemy na niej dopisek “d’apres Delacroix”, czyli “według Delacroix”.

Nie jest to niespotykany zabieg w świecie sztuki. Artyści wielokrotnie nawiązywali do twórczości poprzedników. Vincent van Gogh, malując Pietę, znajdował się jednak w niezwykle specyficznych okolicznościach, o których za chwilę Wam opowiem. Rozszerzymy też nieco temat malarskich coverów – posłuchajcie, jakie słynne kompozycje były wzorowane na dziełach innych mistrzów i sława, których z nich przerosła oryginały.

Jakim obrazem jest inspirowana Pieta Vincenta Van Gogha?

Sztuka nigdy nie rodzi się w próżni. Artyści – czy to malarze, czy architekci, rzeźbiarze, a także muzycy – garściami czerpią z dorobku poprzednich pokoleń. Zazwyczaj są to pojedyncze cytaty – poza modela, detal architektoniczny, fragment melodii. Czasem zdarza się jednak, że inspirację stanowi całe dzieło. Zjawisko to zyskało na sile po wynalezieniu druku i upowszechnienie grafiki. Papierowe odbitki według obrazów słynnych artystów krążyły od tej pory po świecie i artyści, zwłaszcza ci z mniejszych ośrodków, bardzo często z nich korzystali.

Pieta Vincenta van Gogha również bazuje na graficznej odbitce oryginalnego obrazu Delacroix i właśnie dlatego jest odbiciem lustrzanym pierwotnej kompozycji. Van Gogh nie wiedział też, jakie były prawdziwe kolory obrazu Delacroix, bo jego odbitka była czarno-biała.

Saint Remy…

Kopiowanie obrazów starych mistrzów to jeden z elementów tradycyjnej edukacji artystycznej. Obraz, na który patrzymy, nie powstał jednak na początku kariery Vincenta. Było zupełnie odwrotnie – Van Gogh namalował Pietę niedługo przed śmiercią w bardzo specyficznych okolicznościach, bo w szpitalu psychiatrycznym w Saint Remy, gdzie przebywał po tym jak odciął sobie ucho.

Choć prywatnie był to dla Vincenta niezwykle trudny czas, jego portfolio poszerzyło się wtedy o wiele wybitnych prac. Malował bardzo dużo, choć z przerwami, bo w szpitalu wielokrotnie doświadczał silnych ataków i nie był wtedy w stanie tworzyć. Mimo to podczas pobytu w Saint Remy powstało aż 150 obrazów, w tym słynna Gwieździsta noc i Krajobraz z cyprysami. W szpitalu Vincentowi brakowało jednak modeli, i to właśnie dlatego posiłkował się graficznymi odbitkami obrazów artystów, których podziwiał.

Tak jak wspomniałam, jednym z artystycznych idoli Van Gogha był Eugene Delacroix. Podczas pobytu w Saint Remy Vincent kopiował jego obrazy aż trzy razy, w co wliczają się dwa podejścia do Piety. Pierwszą z kopii Vincent namalował z myślą o swoim bracie Teo, drugą wręczył swojej siostrze, i to właśnie ta wersja znajduje się obecnie w Muzeach Watykańskich. Jak obraz tu trafił? Cóż, jego droga do Rzymu była dość pokrętna. Jak już wiecie, najpierw płótno było własnością siostry Vincenta, a potem trafiło do Stanów Zjednoczonych, gdzie przechodziło z rąk do rąk, by znowu trafić do Europy. Tym razem jednak nie na skutek transakcji, lecz jako dar Diecezji Nowojorskiej dla nowo powstającej  Galerii Współczesnej Sztuki Sakralnej Muzeów Watykańskich. Tak oto Pieta Van Gogha  niespodziewaną stała się atrakcją na trasie między Stanzami Watykańskimi a Kaplicą Sykstyńską.

Skąd taki temat?

Istnieją teorie, wedle których van Gogh miałby się utożsamiać z cierpiącym Chrystusem na obrazie. Miałyby o tym świadczyć rude włosy postaci i fakt, że dwa razy mierzył się z tym tematem. Wydaje mi się jednak, że w rzeczywistości temat obrazu miał dla Vincenta drugorzędne znaczenie. Chodziło tu raczej o sam proces tworzenia – praca nad kopiami w Saint Remy była dla Vincenta niczym terapia. Potwierdza to jeden z jego listów do brata Teo:  

“Zacząłem malować kopie bez zastanowienia i teraz widzę jak wiele się dzięki temu uczę. Znajduję w tym swego rodzaju pocieszenie. Pędzel sunie po płótnie niczym smyczek po strunach i to wyłącznie dla mojej przyjemności.”

W ten sposób – dla przyjemności – Van Gogh stworzył ponad 30 kopii obrazów ulubionych artystów. Jego brat Teo był zdania, że to jedne z najlepszych obrazów, jakie wyszły spod pędzla brata. Trudno się z nim nie zgodzić, zwłaszcza jeśli spojrzymy na ten okres twórczości Vincenta z dystansu. Niektóre z kopii powstałych w Saint Remy to dziś sztandarowe dzieła Van Gogha słynniejsze niż oryginały, na których bazował.

Jakiś przykład? Być może kojarzycie obraz Siesta? Van Gogh namalował na nim dwójkę żniwiarzy odpoczywających w cieniu stogu siana. To bardzo znane dzieło – spodziewam się, że gdybym mogła wyświetlić je wam teraz przed oczami, większość z Was powiedziałaby –  Tak, kojarzę ten obraz!

Tego samego nie można powiedzieć o pracy Jean-François Milleta, którą inspirował się Van Gogh. I to nie tylko dlatego, że sława Van Gogha znacząco przerasta obecnie sławę Milleta. Obiektywnie rzecz biorąc, obraz Van Gogha jest po prostu lepszy. Jego siłą są kolory – niezwykle intensywne, spotęgowane dodatkowo przez efektowny kontrast żółcieni i błękitu. Do tego charakterystyczny dla Van Gogha ostry kontur, krótkie pociągnięcia pędzla – wszystko to sprawia, że od obrazu nie można oderwać wzroku.

Pieta z kolekcji Muzeów Watykańskich nie jest aż tak znanym obrazem, ale i ta praca robi wrażenie. Nastrój jest zupełnie inny – melancholijny, tajemniczy, nieco groźny. Ponownie jest to zasługa kolorów – wciąż są intensywne i rozwibrowane, ale jednocześnie znacznie ciemniejsze, jedynie miejscami rozświetlone żółcienią i bielą.

Jest to jednak tylko kopia. Czy to uczciwe, aby stawiać ją na równi z autorskim dorobkiem Van Gogha? Moim zdaniem tak. To prawda, że wykorzystując kompozycję obrazów Delacroix, Milleta, Rembrandta i innych swoich idoli, Vincent zaciągnął u nich artystyczny dług. Spłacił go jednak z nawiązką, odciskając swoje indywidualne piętno na tych obrazach. Sam opisywał ten proces jako tłumaczenie obrazu na nowy język, język kolorów. To bardzo trafne porównanie, bo Van Gogh był bardzo wierny kompozycji kopiowanych obrazów, podobnie jak tłumacze wierni są treści tłumaczonej książki. Na etapie nakładania kolorów nic go już jednak nie ograniczało. Wypełnił płótno farbą w sobie tylko właściwy sposób, nadając oryginalnym kompozycjom niesamowitą ekspresję. Takie tłumaczenie należy docenić.

Nie tylko Van Gogh kopiował lub jawnie nawiązywał do obrazów artystów, których podziwiał. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Słynna Olimpia Maneta to reinterpretacja Wenus z Urbino Tycjana. Rafael wielokrotnie nawiązywał do prac Leonarda da Vinci, Rubens wyraźnie inspirował się Caravaggiem etc., etc. Niesamowite rzeczy z obrazami wielkich mistrzów robił też Salvador Dali, ale deformacja jest u niego tak daleko posunięta, że czasem trudno rozpoznać, czyją twórczość wziął na warsztat. Podobnie Francis Bacon –  w jego przypadku szczególnie interesująca jest fascynacja Velazquezem.

Obydwu artystów Salvadora Dalego i Francisa Bacona spotkacie w Galerii Współczesnej Sztuki Sakralnej Muzeów Watykańskich. Założę się, że nie spodziewaliście się tego spotkania. Tym lepiej – po prostu dajcie się zaskoczyć tym obrazem i jeśli macie ochotę, poszukajcie na nich kolejnych artystycznych cytatów. Zapewniam Was, że są one obecne zarówno u Daliego, jak i Bacona, ale tym razem pozwolę Wam samodzielnie wytropić inspiracje. Bez obaw, nie musicie dostrzec ich od razu. Potrzeba do tego czasu i praktyki. Jeśli będziecie jednak regularnie stykać się z różnymi działami sztuki – chociażby na Facebooku czy Instagramie – przyjdzie moment, gdy staniecie w muzeum przed obrazem i powiecie – „Skądś to znam”.

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

Odcinek 5