Powoli zbliżamy się do punktu kulminacyjnego naszej wyprawy po Flandrii, czyli spotkania z Ołtarzem Gandawskim. Zanim udamy się jednak do katedry świętego Bawona, gdzie po dziś dzień jest on prezentowany, proponuję, abyśmy odwiedzili jeszcze miejscowe muzeum sztuk pięknych. Gdy sama przed kilkoma miesiącami byłam w Gandawie, wybrałam się tam przede wszystkim po to, aby zobaczyć ostatni etap konserwacji ołtarza. Przez cały 2026 rok trwają tam prace nad renowacją środkowych górnych tablic przedstawiających Boga Ojca, Matkę Boską i Jana Chrzciciela. Nie powiem – było to ciekawe doświadczenie, ale spacer po muzealnych galeriach zrobił na mnie znacznie większe wrażenie niż podglądanie pracy konserwatorów. Wypatrzyłam też przy okazji kilka bardzo ciekawych obrazów, które na długo zostaną mi w pamięci. W tym odcinku opowiem wam o jednym z nich. Będzie to Niesienie krzyża Hieronima Boscha. Dzieło, które więcej niż o pasji Chrystusa mówi o naszych uprzedzeniach wobec szeroko rozumianych obcych i ich możliwych źródłach.

Hieronim Bosch, Niesienie krzyża, ok. 1515 r.
Gdybym nie zdradziła wam, kto uchodzi za autora tego obrazu, pewnie nie stawialibyście na Hieronima Boscha*. Brakuje tu tego, z czym kojarzymy go najbardziej, czyli groteskowych kreatur i innych dziwacznych stworzeń. Zaskakujący jest też bardzo bliski kadr – Chrystusa dźwigającego krzyż otaczają przez to niemal wyłącznie same twarze. Niby ludzkie, ale jakby nie do końca. Większość jest bowiem powykrzywiana w straszliwych grymasach. Jedynie Chrystus i święta Weronika wydają się na ich tle „normalni”. Jako jedyni mają proste nosy, gładką skórę i rozluźnione, przepełnione spokojem twarze, dzięki czemu od razu wypatrujemy ich w tłumie. W tym kontekście gest świętej Weroniki zyskuje jeszcze większe znaczenie – nie dość, że pomogła Jezusowi w potrzebie, ocierając mu twarz, to w cudowny sposób zachowała też dla świata to piękne, emanujące dobrem oblicze.
Dopiero muzealna tabliczka uświadomiła mi, że wśród postaci wokół krzyża można wypatrzeć także dwóch łotrów oraz Szymona z Cyreny. Ten ostatni został przedstawiony w lewym górnym rogu. Rozpoznajemy go przede wszystkim po dłoniach zaplecionych wokół drewnianej belki. Twarz jest ledwie widoczna, bo Bosch przedstawił ją w silnym skrócie perspektywicznym, a do tego spowił jej znaczną część w cieniu. Dobry i zły łotr znajdują się natomiast po przeciwległej stronie obrazu. Obaj noszą pod tunikami białe koszule. Wydają się też być spętani sznurami. Bez problemu rozpoznacie, który z nich jest który – wystarczy, że przyjrzycie się ich twarzom. Ta ewidentnie zła jest dużo bardziej zdeformowana.
Jest to późny obraz Boscha, niektórzy twierdzą nawet, że jeden z ostatnich. Kusząca wydaje się więc teoria, jakoby zrezygnował na tym etapie z malowania potworów i skoncentrował się w całości na człowieku i teorii, jakoby wszelkie poczynione zło odzwierciedlało się na ludzkiej twarzy. Było to wówczas bardzo powszechne przeświadczenie. Człowiek grzeszny musiał być po prostu brzydki. Niektóre cechy fizyczne miały nawet wskazywać na konkretne przywary. Przykładowo długi, orli nos miał świadczyć o złośliwości i perfidii.
Nie neguję tej teorii. Podejrzewam jednak, że mamy tu do czynienia z czymś znacznie więcej niż tylko przedstawieniem Chrystusa wśród moralnie zepsutego tłumu, któremu niesie on zbawienie.
Zauważcie, że bohaterowie tego obrazu są więcej niż brzydcy. Niektórzy z nich są też bardzo osobliwie ubrani. Zaskakująco wiele osób nosi chociażby kolczyki i to nie tylko w uszach, ale także w brodzie czy policzkach. Pojawiają się też niestandardowe nakrycia głowy. Tym, które najbardziej rzuca się w oczy, jest bez wątpienia kolorowa, spiczasta tiara. Noszący ją mężczyzna przywodzi w związku z tym na myśl złowieszczego czarnoksiężnika z baśni dla dzieci. Na domiar wszystkiego niektóre postaci wydają się mieć ciemniejszą karnację i jest to raczej zamierzony zabieg, a nie efekt złych praktyk konserwatorskich.
Dokąd prowadzą nas te obserwacje? Gdy uważnie przyjrzymy się motywom wykorzystywanym w sztuce tego czasu, okaże się, że kolczyki były charakterystyczne dla dwóch zasadniczych grup – oprawców Chrystusa oraz mieszkańców szeroko pojętego Wschodu, w tym muzułmanów. Spiczaste czapki nie były natomiast kojarzone z czarodziejami, tylko z odbywającymi pokutę heretykami i Żydami, których zmuszano do ich noszenia począwszy od XIII wieku. Niekiedy zastępowały je także różnego rodzaju turbany i berety lub płaskie kapelusze. We wszystkich wymienionych przypadkach nakrycie głowy miało stygmatyzować noszącego i odróżniać go od reszty społeczeństwa.

Fragment witraża z kościoła Mariackiego we Framkfurcie nad Odrą z XIV wieku, przedstawia Żydów nad rzeką Sambation
Wygląda więc na to, że Bosch przedstawił Chrystusa nie tyle wśród grzeszników, co niewiernych: Żydów, muzułmanów i osób ciemnoskórych. Mieli oni zapewne wyobrażać zło całego świata. Nie chodziło przy tym o dosłowne zobrazowanie każdej z tych grup, tylko o wykorzystanie stereotypów kulturowych do zilustrowania grzechu i moralnego upadku.
Skąd jednak wzięły się te wyobrażenia? Z niewiedzy i uprzedzeń sięgających jeszcze czasów starożytnych. Już Hipokrates ukuł teorię, jakoby klimat miał wpływ na budowę ludzkiego ciała. Im trudniejsze warunki pogodowe, tym wygląd tamtejszych mieszkańców miał być dalszy od greckiej normy. Arystoteles poszedł jeszcze krok dalej, przypisując poszczególnym ludom konkretne cechy: ludziom z północy miało brakować inteligencji, a tym z południa – ducha, przez co mieli być predestynowani do bycia niewolnikami.
To właśnie z tych przekonań narodziły się monstrualne rasy ludzkie, które według Greków i Rzymian miały zamieszkiwać kresy znanego wówczas świata: psiogłowi, blemjowie, czyli ludzie bez głowy, jednonodzy skiapodzi i im podobni. Przeniknęli oni potem do średniowiecznego imaginarium. Niechrześcijańskie ludy przedstawiano w sztuce niemal wyłącznie właśnie w ten sposób – jak budzące odrazę potwory.

Blemjowie na grafice z 1599 roku ilustrujące książję Sir Waltera Raleigha „Odkrycie Gujany”
Społeczeństwa znane Europejczykom z bezpośrednich kontaktów, np. muzułmanie, były obrazowane jako mniej demoniczne. Wiadome było w końcu, że nie mają psich głów ani innych potwornych cech. Umniejszano im jednak w inny sposób – duchowni grzmieli z ambon, że są oni pozbawionymi ludzkiej godności niewolnikami szatana. O ich moralnym upadku miały też świadczyć praktykowane przez nich zwyczaje, w tym wykwintne ozdoby takie jak kolczyki. Niegdyś były one popularne w niemal całym basenie Morza Śródziemnego. W wielu regionach zostały jednak wykorzenione przez chrześcijaństwo. Wszystko przez krótki passus z Księgi Kapłańskiej, gdzie czytamy:
„Nie będziecie nacinać ciała (…). Nie będziecie się tatuować”.
Interpretowano to jako zakaz jakichkolwiek czynności ingerujących w ludzkie ciało. W konsekwencji kolczyki, zwłaszcza w dużej liczbie, stały się dla Europejczyków symbolem obcych kulturowo ludów Wschodu. W Niesieniu krzyża Bosch uczynił nawet z tej ozdoby coś na kształt symbolu herbowego. Spójrzcie tylko na tarczę niesioną przez jedną z postaci. W jej centrum zamiast smoka, gryfa lub innej figury heraldycznej znajdują się metalowe koła i łańcuszki – ich układ jest bardzo podobny do ozdoby noszonej przez jednego ze szyderców w tłumie i najpewniej nie jest to przypadek.
W przypadku Żydów sprawa jest jeszcze bardziej złożona. Byli oni w końcu wrogiem znanym i oswojonym, bo od setek lat współżyli z chrześcijanami w ramach tych samych społeczności. Począwszy od wypraw krzyżowych wrogość wobec nich znacząco jednak wzrosła. Z czasem stali się wręcz ofiarami podłej propagandy przypisującej im najcięższe zbrodnie – mordowanie chrześcijańskich dzieci, profanowanie hostii czy zatruwanie studni podczas epidemii dżumy.
Nie trzeba było długo czekać, aby sztuka również podążyła tym tropem. Około XII–XIII wieku narodził się aktualny po dziś dzień stereotypowy wizerunek Żyda z ciemną, spiczastą brodą i długim, haczykowatym nosem. Z czasem doszły do tego kolejne, prześmiewcze elementy, w tym wspomniany stożkowy kapelusz i jeszcze silniej zniekształcone rysy twarzy.

Bosch był dzieckiem tej późnośredniowiecznej tradycji. W tłumie szyderców otaczających Chrystusa nie przedstawił więc przypadkowych gapiów, tylko po części wyobrażonych, po części rzeczywistych wrogów współczesnego sobie Kościoła. Są wśród nich także wrogowie wewnętrzni – jak inaczej interpretować obecność mnicha w prawym górnym rogu obrazu? Wygląda mi to na krytykę duchowieństwa lub ostrzeżenie przed herezją. Bosch namalował w końcu ten obraz niedługo przed wybuchem reformacji, gdy aktywnych było już wielu nawołujących do reform kaznodziejów.
Można by się spodziewać, że wraz z cywilizacyjnym rozwojem i stopniowym rozszerzaniem się naszej wiedzy o świecie wszystkie te krzywdzące przekonania zaczęły zanikać, ale dobrze wiemy, że tak się nie stało. Ubrane w nowe szaty argumenty arystotelesowskie o tym, jakoby umysły orientalne były „z natury” niezdolne do abstrakcji i precyzji, a zatem do sprawowania rządów, były doskonałym pretekstem do kolonizacji. I dziś dla wielu osób u władzy użyteczne jest, gdy ludzie mają się kogo bać, a w społeczeństwie zawsze znajdzie się ktoś, komu można doprawić diabelskie rogi.
*Toczą się zresztą na ten temat naukowe debaty. Muzeum Sztuk Pięknych w Gandawie pozostaje jednak na stanowisku, że obraz namalował Hieronim Bosch.
Wybrane źródła:
- D. Higgs Strickland, Saracens, Demons, & Jews: Making Monsters in Medieval Art, Princeton University Press, 2003
- L. Chevalier, Earrings and Infamy: The Male Ear in the Medieval Imagination, medievalist.net
- J. Le Goff, Kultura średniowiecznej Europy, z fr. przeł. J.T. Gross, Warszawa 2022
Muzyka wykorzystana do udźwiękowienia odcinka pochodzi z banku Epidemic Sounds.
Zrealizowano we współpracy z Przedstawicielstwem Flandrii w Polsce i w Krajach Bałtyckich.

