Frick Collection w Nowym Jorku: Rembrandt, Jeździec polski, 1655

Słuchaj

„I oto on! Jedno krótkie spojrzenie na całość, potrzebowałem kilku sekund na badanie techniczne, by z przekonaniem stwierdzić, iż w tym odległym miejscu od prawie stu lat wisiało jedno z największych dzieł Rembrandta!”

Tymi słowami Abraham Bredius opisał swoje pierwsze spotkanie z Jeźdźcem Polskim Rembrandta w rezydencji Tarnowskich w Dzikowie w 1897 roku. To właśnie Bredius sprawił, że świat najpierw dowiedział się o tym obrazie, a następnie nie chciał o nim zapomnieć. Własność hrabiego Zdzisława Tarnowskiego — przemysłowca, społecznika, ale w żadnym wypadku nie konesera sztuki — od razu wydała się antykwariuszom łatwym łupem. W 1910 roku dopięli swego — hrabia Tarnowski sprzedał wtedy ten obraz i właśnie dlatego znajduje się on dziś w Nowym Jorku, a nie w polskich zbiorach. Gdy pierwszy raz usłyszałam o okolicznościach tej sprzedaży, wydała mi się ona niedorzeczną i wybitnie samolubną decyzją. Dziś rozumiem, że była to znacznie bardziej złożona sprawa.  Za chwilę opowiem Wam więcej o powodach, jakie skłoniły hrabiego Tarnowskiego do sprzedaży Jeźdźca polskiego. Krok po kroku prześledzimy też jego drogę z Warszawskich Łazienek do Dzikowa, a potem do Nowego Jorku i wspólnie zastanowimy się nad tym, czy faktycznie może to być polski żołnierz.

***

Dorobek Rembrandta jest dziś doskonale przebadany. Wiemy, w jakich muzeach znajdują się jego prace, oraz które z nich faktycznie mogły wyjść spod jego ręki, a które są raczej dziełem jego uczniów i naśladowców. U schyłku XIX wieku sytuacja wyglądała jednak zupełnie inaczej. Na tym etapie dopiero zaczynano katalogować jego obrazy. Jednym z pionierów w tej dziedzinie był Abraham Bredius — dyrektor Mauritshuis Museum w Hadze i jednocześnie wielki znawca Rembrandta, z którego opinią liczyli się historycy sztuki na całym świecie. Począwszy od 1897 roku przemierzał on Europę w poszukiwaniu dzieł Rembrandta. Odwiedzał w tym celu bardziej i mniej znane muzea. Jeszcze bardziej interesowały go jednak arystokratyczne dwory i pałace, bo to właśnie tam spodziewał się odnaleźć największe perełki. 

Na trop Dzikowa miał go naprowadzić Wilhelm von Bode — dyrektor Wyspy Muzeów w Berlinie, o którym wspominałam Wam w odcinku z Muzeum Bodego. Przypadkiem natknął się on na Jeźdźca Polskiego w Wiedniu, gdzie Tarnowscy zlecili jego konserwację. Bode nie miał jednak pewności co do autentyczności tego obrazu, dlatego zasugerował Brediusowi, aby skontaktował się z Tarnowskimi, jeśli tylko nadarzy mu się ku temu okazja.

Bredius nie musiał o nią nawet szczególnie zabiegać. Przypadkiem natknął się na hrabiego w Krakowie, gdzie oglądał Pejzaż z miłosiernym samarytaninem Rembrandta z kolekcji Czartoryskich. Hrabia szykował się akurat do ślubu z Zofią Potocką — było to wydarzenie szeroko komentowane w towarzystwie, więc trudno było nie zauważyć, że jest obecny w mieście. Na szczęście dla Brediusa udało mu się na chwilę wyrwać z wiru ślubnych przygotowań i wysłuchać muzealnika. Gdy usłyszał o tym, że przeczesuje on Europę w poszukiwaniu obrazów Rembrandta, od razu zaprosił go do Dzikowa, aby przyjrzał się jego rodowej kolekcji sztuki.

Zamek w Dzikowie (obecnie w Tarnobrzegu) przed 1912 rokiem / źródło: WIkiMedia

Zdaje się, że początkowo Bredius żałował wręcz, że dał się namówić Bodemu na to, aby zboczyć z trasy. „W tym przedziwnym budynku pełno barachła” — w takich słowach opisał neogotycki zamek Tarnowskich i przechowywaną tam kolekcję dzieł sztuki. Potem ujrzał jednak Jeźdźca polskiego, a ten ani trochę go nie rozczarował — wręcz przeciwnie — był nim prawdziwie zachwycony. Od razu nie miał też wątpliwości, że obraz wyszedł spod ręki samego Rembrandta. Złożył nawet hrabiemu ofertę jego kupna, ale na tym etapie nie był on w ogóle  zainteresowany sprzedażą. Przede wszystkim dlatego, że doskonale wiedział, że obraz ten należał niegdyś do Stanisława Augusta Poniatowskiego i miał świadomość, jak bezcenny jest to skarb.

Tak Bredius opisał przebieg tych negocjacji:

„Jak długo ma on jeszcze wisieć w niedostępnym zamku, położonym na dalekim galicyjskim odludziu? Wszelkie moje próby pozyskania go dla Holandii spełzły na niczym. Ludzie są tu przywiązani do tego dzieła ze zdwojoną mocą, gdyż należało ono do zbiorów ostatniego polskiego władcy Stanisława Poniatowskiego”.

Tym samym do transakcji nie doszło, ale Bredius nie był z tego powodu szczególnie zmartwiony. Najważniejsze było to, że hrabia zgodził się wypożyczyć obraz na jubileuszową wystawę Rembrandta, która miała odbyć się za rok w Amsterdamie. To właśnie z tego powodu badacz wybrał się w tak daleką i wyczerpującą podróż. Chciał sprowadzić do Holandii możliwie jak najwięcej dzieł Rembrandta na tę okazję. Odniósł na tym polu niemały sukces — łącznie udało mu się zgromadzić aż 123 prace mistrza — był to w tamtym czasie absolutny rekord. To z Jeźdźca Polskiego był jednak najbardziej dumnyuważał go za największe odkrycie w swojej dotychczasowej karierze. Nic w tym dziwnego — był to w końcu obraz zupełnie nieznany europejskiej publiczności, którego nie pokazywano wcześniej na żadnej innej wystawie. To dzięki Brediusowi zaczęto o nim dyskutować w historyczno-sztucznych kręgach i spekulować na temat tego, kogo właściwie przedstawia.

***

Na wystawie zadebiutował on jako Jeździec polski — po raz pierwszy wystawiono go wtedy właśnie pod takim tytułem. Tarnowscy nazywali go Lisowczykiem, bo chcieli wierzyć, że dzieło Rembrandta przedstawia w istocie ich dalekiego przodka — Stanisława Stroynowskiego, który w czasie wojny trzydziestoletniej należał do najemnego pułku lekkiej jazdy, który przeszedł do historii jako Lisowczycy. Czy faktycznie mogło tak być? Wydaje się to mało prawdopodobne. Lisowczycy budzili popłoch w Czechach i niektórych państwach Rzeszy, ale ich zła sława nie dotarła raczej aż do Holandii.

Faktem jest jednak, że jeździec ma na sobie staropolski strój. Nosi dopasowane, czerwone spodnie, żupan oraz futrzaną czapkę. Do tego przy boku ma przypiętą karabelę, w dłoni trzyma nadziak, a spod siodła wystaje mu lamparcia skóra. Wszystko razem wygląda niezwykle wiarygodnie, ale nie jest równoznaczne z tym, że mamy przed sobą portret konkretnego szlachcica. Równie dobrze może to być anonimowy model we wschodnim kostiumie. Rembrandt nie raz bawił się przecież w takie przebieranki. Co prawda, znacznie częściej wykorzystywał w tym celu tureckie i żydowskie stroje, ale tradycyjne ubiory szlacheckie były wtedy w Holandii równie egzotyczne, co osmańskie turbany i sukmany, więc one także mogły być inspiracją dla malarza. Nie musi to być też rzeczywista postać — niektórzy badacze sądzą, że może to być jakiś bohater literacki albo figura alegoryczna. 

W praktyce dla każdego jest on kimś innym — do kolekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego wszedł jako kozak na koniu, Tarnowscy utożsamiali go z Lisowczykiem, widzowie amsterdamskiej wystawy porównywali go do postaci z rosyjskich powieści, a współcześni badacze dopatrują się w nim figury żyda tułacza albo apoteozy chrześcijaństwa walczącego z Turkami. Sami zdecydujcie, które z tych odczytań najbardziej do Was przemawia.

***

Tymczasem wróćmy do 1898 roku — zostawiliśmy w końcu Jeźdźca polskiego na wystawie w Rijksmuseum w Amsterdamie. Bez wątpienia było to przełomowe wydarzenie w dziejach tego obrazu. Po jego zakończeniu wrócił on co prawda do Dzikowa, ale nie było dnia, żeby hrabia Tarnowski nie otrzymał propozycji kupna dzieła. Im dłużej zwlekał, tym hojniejsze były to oferty. Mimo to konsekwentnie odmawiał. 

Dopiero około 1910 roku, czyli 12 lat po wspomnianej wystawie, zmienił zdanie. Tym razem to Tarnowscy wyszli jednak z inicjatywą sprzedaży obrazu. Skontaktowali się w tym celu z prestiżową, londyńską galerią sztuki, gdzie zamówili jego wycenę. Po wystawie w Rijksmuseum jego wartość znacząco przecież wzrosła, z czego Tarnowscy doskonale zdawali sobie sprawę. Bardzo zależało im, aby wynegocjować możliwie jak najwyższą cenę, zamiast przyjmować pierwszą, lepszą ofertę. Nie chodziło jednak wyłącznie o to, aby nie dać się oszukać. Cała rodzina potrzebowała wtedy znacznej sumy na inny cel – po raz pierwszy od lat pojawiła się szansa na wykupienie lasu w Mokrzynowie, który należał do Tarnowskich począwszy od średniowiecza. Po rozbiorach władze austriackie nie przyznały im jednak prawa własności do tych ziem, w związku z czym majątek trafił w obce ręce. Pozostawał w nich aż do 1910 roku, kiedy nowy właściciel — Niemiec David Franke — ogłosił więc, że zamierza sprzedać ten majątek. Tarnowscy wiedzieli, że nie mogą przepuścić takiej okazji. Wcześniej musieli jednak sprzedać Jeźdźca polskiego za odpowiednio wysoką kwotę.

Bardzo długo nie potrafiłam zrozumieć tego toku myślenia. Decyzja Tarnowskich wydawała mi się strasznie samolubna. Miałam wrażenie, że kierowali się typowo szlachecką butą. Jak można wymienić bezcenny obraz Rembrandta za kawałek lasu? Przecież Tarnowscy i tak posiadali ogromne połacie ziemi, nawet jeśli Austriacy nieco uszczuplili ich majątek. Dlaczego tak bardzo zależało im na zakupie Mokrzynowa? Czy chodziło wyłącznie o to, że puszcza należała do ich rodziny od pokoleń? Nie był to dla mnie wystarczający argument, szczególnie jeśli ceną wykupu tej ziemi była sprzedaż tak wspaniałego obrazu. 

Okazuje się jednak, że chodziło o coś więcej. Tarnowscy nie sprzedali Rembrandta wyłącznie na poczet wykupu kawałka rodowej ziemi. Była to jednocześnie część ich ojczyzny, niewielki fragment przedrozbiorowej Rzeczpospolitej. Łudzili się, że wykupując kawałek puszczy z obcych rąk, wspierają odbudowę państwa polskiego. Decyzja o sprzedaży Rembrandta nie była więc samolubna — wręcz przeciwnie, Tarnowscy poświęcili go dla większego dobra.

Wiem, że niełatwo to dziś z pojąć. Pozwólcie więc, że przytoczę Wam krótki fragment artykułu prasowego, jaki ukazał się niedługo po sprzedaży obrazu. Doskonale odzwierciedla on nastroje panujące wtedy w społeczeństwie:

“Czyż wyrwane obcemu żywiołowi złote łany zbóż polskich nie wyrównują wartości pięknego obrazu? Czyż nie są niezbędniejsze do istnienia? Żegnamy z żalem dzieło wielkiego artysty, lecz z równą co najmniej radością musimy powitać odzyskany za cenę utraty, obszar ziemi ojczystej.”

Rozumiecie już w czym rzecz? Nawet jeśli Jeździec polski przedstawiał szlachcica, może nawet przodka Tarnowskich, był on wart w ich oczach nieporównywalnie mniej niż ziemia, która dawała im nadzieję na odzyskanie ojczyzny. Trudno więc piętnować ich za sprzedaż obrazu, nawet jeśli kilka lat później miało się okazać, że ich gest nic nie znaczył. W 1918 roku Polska odzyskała w końcu niepodległość, ale nie na skutek działań arystokracji, tylko wielkiej wojny, której wybuchu nikt nie mógł wtedy przewidzieć. 

Szczęśliwym nabywcą Jeźdźca polskiego był Henry Clay Frick — amerykański przemysłowiec i mecenas sztuki. Jego kolekcja jest dziś dostępna dla wszystkich  można ją podziwiać w dawnej rezydencji rodziny Fricków w sercu Manhattanu. Jeździec polski jest jednym z największych skarbów tej kolekcji. Został wyeksponowany w towarzystwie dwóch innych obrazów Rembrandta  równie ciekawych, ale nie tak tajemniczych i poetyckich. Nie dziwi więc, że to właśnie jemu przewodnicy poświęcają najwięcej uwagi. Opowiadają zwiedzającym o tradycyjnych elementach polskiego stroju i uzbrojenia, ambitnych planach Stanisława Augusta Poniatowskiego, który sprowadził ten obraz do Warszawy i ostatnim polskim właścicielu obrazu,czyli Zdzisławie Tarnowskim z Dzikowa.

Tym samym Jeździec polski pełni funkcję naszego nieformalnego ambasadora w Nowym Jorku. Chcąc nie chcąc, prowokuje do dyskusji o polskiej kulturze. To jedna z dwóch zalet jego przeprowadzki za ocean. Drugą jest to, że sprzedaż prawdopodobnie uratowała go od spłonięcia w wielkim pożarze, jaki wybuchł w dzikowskim zamku w 1927 roku. Nie udało się z niego uratować chociażby kopii obrazu Rembrandta, jaką hrabia Tarnowski zamówił zanim zdecydował się na jego sprzedaż. Gdyby oryginał nie został wywieziony za granicę, mógłby spotkać go ten sam los. Tymczasem we Frick Collection ominął go nie tylko pożar dzikowskiego zamku, ale także dwie wojny światowe. I choć nie jest nam dane zbyt często go oglądać, godnie reprezentuje tam nasz kraj w wielkim świecie.

Źródła: 

Muzyka wykorzystana w odcinku pochodzi ze strony Epidemic Sounds oraz Free Music Archive

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

Odcinek 6