Rijksmuseum w Amsterdamie: Berend Graat, Towarzystwo w ogrodzie, 1661

Słuchaj

Niełatwo wypatrzyć ten obraz podczas zwiedzania Rijksmuseum. Nie przyciąga wzroku iluzjonistycznymi efektami ani frywolną tematyką, w odróżnieniu od omawianych wcześniej dzieł. Nawet gdyby zwrócił jednak czymś waszą uwagę, nie mielibyście powodu, aby podejrzewać go o to, że należał niegdyś do Stanisława Augusta Poniatowskiego. Berend Graat był w końcu holenderskim artystą, więc obecność tego obrazu w Rijksmuseum jest w pełni uzasadniona. A jednak był kiedyś częścią łazienkowskiej galerii obrazów. Do Holandii trafił stosunkowo niedawno, bo w latach 50. XX wieku. W dalszej części odcinka opowiem Wam, jak do tego doszło. Zastanowimy się też wspólnie nad powodami, które skłoniły króla Stanisława Augusta Poniatowskiego do włączenia tego obrazu do swojej kolekcji.

***

Towarzystwo w parku, w ogrodzie, na tarasie — interesujący nas obraz znany jest pod wieloma tytułami. Wynika to z tego, że nikt nie jest też pewien, co właściwie przedstawia. Para trzymająca się za ręce to najpewniej narzeczeni — trzej mężczyźni przy stoliku po prawej na pierwszy rzut oka wyglądają jak członkowie ich rodzin, ale równie dobrze mogą to być jakieś figury alegoryczne np. reprezentacje trzech etapów życia ludzkiego. Symboliczną wymowę mogą mieć też detale takie jak cytryna na stoliku, kwiat leżący u stóp kobiety czy figura nimfy w tle. Cytrynę najczęściej utożsamia się z bogactwem, ale także szczęściem i grzechem. Kwiat może oznaczać niewinność, ale wiele zależy od tego, jaki jest to gatunek, a trudno jednoznacznie to stwierdzić. Nimfa wylewająca wodę z dzbana przywodzi na myśl uciekający czas, a także czystość lub płodność, ale żadnej z tych rzeczy też nie możemy być pewni. Wiele dzieł sztuki dawnej to nierozwiązywalne zagadki — nie inaczej jest w tym przypadku — możemy w nieskończoność głowić się nad rozwiązaniami, ale i tak nigdy nie dowiemy się, czy nasze przypuszczenia były słuszne. 

***

Znaczenie tego obrazu prawdopodobnie nie było czytelne już w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie można więc wykluczyć, że gdy na niego patrzył, przychodziły mu do głowy te same pytania, co nam. Wiele wskazuje na to, że mógł zerkać na niego bardzo często, bo zawiesił go w swojej sypialni w Pałacu na Wyspie w Łazienkach. Oprócz tego były tam także eksponowane portrety małżonków Lutma autorstwa Jacoba Adriaensza Backera i jeszcze kilka obrazów, ale wizerunki małżonków Lutma są z naszej perspektywy szczególnie interesujące, bo one także znajdują się dziś w zbiorach Rijksmuseum. Czym zaintrygowały one wszystkie Stanisława Augusta Poniatowskiego? 

Jacob Adriaensz Backer, Portret Johanesa Lutmy oraz jego małżonki Sary de Bie, ok. 1646, Rijskmuseum w Amsterdamie

Ich zakup zapewne zarekomendował mu to któryś agentów, którzy na jego polecenie śledzili okazje na europejskim rynku sztuki. Znali oni jednak gust króla i to właśnie do niego dopasowywali swoje polecenia. Musieli wiedzieć chociażby to, że Stanisław August miał wielką słabość do sztuki holenderskiej. Zainteresował się nią podczas swoich młodzieńczych podróży po Europie. Nie jest wykluczone, że przejął tę fascynację od francuskich twórców rokoka poznanych w Paryżu. Holenderskie malarstwo rodzajowe, które w coraz większej liczbie pojawiało się wtedy w ofercie paryskich galerii sztuki, miało w końcu ogromny wpływ na rozwój tego stylu. 

Ulubionym malarzem Stanisława Augusta Poniatowskiego był Rembrandt, o czym wiecie już zresztą z poprzednich odcinków. Wysoko cenił on jednak również innych, mniej znanych holenderskich mistrzów. Nie kupował jednak ich prac kompulsywnie i bez opamiętania, kierując się wyłącznie ceną, co próbowali mu zarzucać nieprzychylni mu historycy. Analiza zachowanych obrazów z jego kolekcji, zwłaszcza tych holenderskich, dość wyraźnie wykazuje, że w swoich wyborach kierował się konkretnym kluczem. Najbardziej interesowały go sceny rodzajowe, jednak nie te najzabawniejsze, tylko możliwie jak najbardziej kunsztownie wykonane. Właśnie z tego powodu doradzono mu najpewniej zakup Towarzystwa w ogrodzie Berendta Graata. Twórczość tego artysty jest bardzo nierówna, ale akurat ten obraz wyszedł mu wyśmienicie. Na podziw zasługuje przede wszystkim drobiazgowość, z jaką wykończył suknię modelki. Do dziś robi ona na widzach wielkie wrażenie.

Poza tym Stanisław August bardzo chętnie włączał do swojej kolekcji kwiatowe bukiety i obrazy o tematyce animalistycznej, różnego rodzaju tronies, czyli portrety anonimowych postaci, historie biblijne i klasyczne portrety. W ich przypadku głównym kryterium wyboru, oprócz jakości wykonania, była tożsamość modela, o ile była ona znana. Szczególne miejsce w kolekcji miały wizerunki znanych osobistości — zaliczał się do nich chociażby Johannes Lutma — słynny amsterdamski złotnik. To właśnie sława jego nazwiska sprawiła, że jego portret oraz portret jego żony znalazły się w Pałacu na Wyspie w Łazienkach.

***

W jakich okolicznościach wróciły one z powrotem do Amsterdamu? Cóż, była to długa droga. Portrety małżonków Lutma wielokrotnie przechodziły z rąk do rąk. Po abdykacji Stanisława Augusta trafiły do zbiorów polskiej arystokracji (najpierw Ossolińskich, później Andrzeja Mniszcha), potem do prywatnych kolekcji na zachodzie Europy aż wreszcie w 1948 roku zostały włączone do zbiorów Rijksmuseum.

Pałac Andrzeja Mniszcha w Paryżu oraz jego kolekcja dzieł sztuki, wśród których widoczne są również portrety małżonków Lutma / źródło: materiały z wystawy „Paryż, którego już nie ma / Pałac Andrzeja Mniszcha – fotografie z archiwum rodzinnego dr. Alexandra Demblina” w Bibliotece Uniwersyteckiej w Toruniu

Losy Towarzystwa w ogrodzie są równie zawiłe, ale częściowo je już znacie, bo w znacznej mierze powielają historię Dziewczyny w ramie obrazu i Uczonego przy pulpicie Rembrandta, o których opowiadałam Wam w trzecim odcinku tej serii. Ten obraz także był częścią kolekcji Lanckorońskich. Podobnie jak pozostałe dzieła z tego zbioru był więc eksponowany w Pałacu Lanckorońskich w Wiedniu, skąd Naziści zabrali go do kopalni soli w Altaussee. Na szczęście przetrwał II wojnę światową, a następnie pożar zamku Hohenems, gdzie po wojnie Lanckorońscy przechowywali swoją kolekcję. W przeciwieństwie do Dziewczyny w ramie obrazu i Uczonego przy pulpicie wciąż pozostawał jednak w zamku, gdy ten stanął w płomieniach. Dowodem na to jest sporządzona po fakcie inwentaryzacja, w której napisano, że wyszedł z pożaru “z lekkimi zeskorupieniami pożarowymi i bąblami”. W takim stanie został on przewieziony do Szwajcarii, a następnie ukryty w jednym z tamtejszych banków. Niedługo później Karolina Lanckorońska kazała jednak go stamtąd zabrać i wystawić na sprzedaż. Dlaczego to zrobiła, skoro z taką pieczołowitością strzegła dzieł Rembrandta i pozostałych obrazów z dawnej kolekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego?

Bo ostatecznie to tylko obraz.

Tymczasem na drugiej szali były sprawy wielkiej wagi. Finansowanie niezależnych od PRL badań nad polską historią i kulturą oraz być albo nie być Biblioteki Polskiej w Paryżu. Instytucji utworzonej jeszcze w XIX wieku przez przedstawicieli Wielkiej Emigracji. Każdy z tych celów wymagał znacznych nakładów pieniężnych. Po 1945 roku Karolina Lanckorońska nie była już jednak dziedziczką wielkiej fortuny. Wiedeński pałac będący chlubą całej rodziny został zniszczony podczas bombardowania miasta, a majątki znajdujące się w Polsce i Ukrainie zostały przejęte przez komunistów. Jedynym co jej zostało, była kolekcja obrazów ukryta w Szwajcarii. To właśnie one finansowały powojenną działalność mecenacką Karoliny Lanckorońskiej. Raz na jakiś czas wystawiała na sprzedaż niektóre z nich. W 1958 roku wybór padł na Towarzystwie w ogrodzie Berendta Graata. Jego strata bez wątpienia była bolesna. Pocieszające musiało być jednak to, że kupcem okazało się Rijksmuseum w Amsterdamie. Dzięki temu obraz pozostawał ogólnodostępny dla wszystkich. 

Nie był to ostatni raz, gdy Karolina Lanckorońska zdecydowała się na taki krok. W kolejnych latach pod młotek poszło także wiele dzieł sztuki włoskiej z kolekcji jej ojca Karola Lanckorońskiego, w tym największy skarb z jego zbiorów, czyli święty Andrzej Masaccia. Obrazy z dawnej łazienkowskiej galerii obrazów były jednak szczególnie chronione. Już na tym etapie Lanckorońska postanowiła, że pewnego dnia przekaże je Polsce, ale tylko wtedy, gdy znowu będzie wolnym, demokratycznym krajem. Nikt nie mógł jednak wiedzieć, kiedy i czy w ogóle dojdzie do takiej transformacji. Finansowanie bieżących potrzeb fundacji siłą rzeczy miało więc pierwszeństwo.

Ostatecznie Lanckorońska sprzedała jeszcze tylko jedno dzieło z królewskiego zbioru — Burzę morską Ludolfa Bakhuizena. Ten obraz znajduje się dziś jednak w Warszawie. W 1997 roku wrócił on na rynek sztuki, gdzie w porę wypatrzyli go polscy kuratorzy.  Na szczęście państwu udało się znaleźć fundusze na jego zakup, dzięki czemu po latach rozłąki mógł dołączyć do pozostałych obrazów z dawnej królewskiej kolekcji, które trafiły tam w 1994 roku, gdy Karolina Lanckorońska wreszcie mogła zrealizować snuty od lat plan.

Ludolf Bakhuizen, Burza morska, ok. 1702, Zamek Królewski w Warszawie

***

W przypadku Towarzystwa w ogrodzie Berenta Graata nie ma co liczyć na podobny scenariusz. Obraz ten został w końcu włączony do zbiorów muzealnych, a nie prywatnej kolekcji, skąd można by próbować go wykupić. Musicie jednak przyznać, że podobnie jak w przypadku Jeźdźca polskiego, którego historię śledziliśmy w poprzednim odcinku, i ta sprzedaż była solidnie umotywowana. Stypendia fundowane przez Karolinę Lanckorońską dla wielu osób były w końcu prawdziwie przełomowym wydarzeniem. Wspieranie Biblioteki Polskiej w Paryżu również należy docenić. Kto wie, czy gdyby nie Karolina Lanckorońska, instytucja ta nadal by funkcjonowała. Tymczasem szczęśliwie trwa ona po dziś dzień. Można ją zwiedzać, korzystać z przechowywanych tam archiwów i księgozbiorów, a także odwiedzać ją przy okazji różnego rodzaju stypendiów i projektów badawczych. Sama jakiś czas temu skorzystałam z tej możliwości i było to wspaniałe, formacyjne doświadczenie. Nie mogę więc mieć żalu do Karoliny Lanckorońskiej o to, że wyprzedała część swojej rodzinnej kolekcji. Poza tym, czym jest te kilka obrazów, przy około 150 dziełach, jakie ofiarowała na Wawel i do Zamku Królewskiego w Warszawie? Nawet jeśli jej kolekcja została przez lata nieco uszczuplona, był to iście królewski dar.

Źródła: 

  • D. Juszczak, Malarski zbiór króla Stanisława, rozprawa doktorska napisana pod kierunkiem prof. dr. hab. Antoniego Ziemby, Warszawa 2020
  • G. Verschoor, Dziewczyna i uczony. Historia dwóch Rembrandtów z kolekcji Karoliny Lanckorońskiej, Warszawa 2022
  • A. Ziemba, Stanisława Augusta holenderski „pochop”. Obrazy holenderskich mistrzów XVII wieku w kolekcji królewskiej, w: De gustibus. Studia ofiarowane przez przyjaciół Tadeuszowi Stefanowi Jaroszewskiemu z okazji 65. rocznicy urodzin, Warszawa 1996, s. 41–52

Muzyka wykorzystana w odcinku pochodzi ze strony Epidemic Sounds oraz Free Music Archive

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

Odcinek 7