Wallace Collection w Londynie, Carle van Loo, Koncert u sułtana, 1737

Słuchaj

Po raz kolejny zatrzymuję was przed obrazem, na który sami najpewniej nie zwrócilibyście uwagi. I on należał jednak niegdyś do Stanisława Augusta Poniatowskiego. Co więcej, Koncert u sułtana autorstwa Carla van Loo był jednym z jego ulubionych obrazów. Świadczy o tym chociażby to, że znajdował się wśród niespełna 40 dzieł, które król po abdykacji zabrał ze sobą do Petersburga. Na skutek rozmaitych dziejowych perturbacji można go obecnie oglądać w Wallace Collection w Londynie. Za chwilę opowiem Wam, jak do tego doszło oraz co sprawiło, że król tak wysoko cenił ten obraz. Zresztą nie tylko on. Był on podziwiany w całej Europie. Doczekał się też szeregu kopii i chętnie powielano go na porcelanie. Król Stanisław August Poniatowski był więc prawdziwym szczęściarzem, posiadając oryginał w swojej kolekcji. Na czym polegał jednak jego fenomen? Za chwilę wspólnie spróbujemy tego dociec. Na wstępie zdradzę Wam jedynie, że nie byłby on aż tak popularny, gdyby nie to, że Europejczycy byli w tym czasie oczarowani wszystkim, co tureckie, nawet jeśli było takie tylko z nazwy.

Carle van Loo, Koncert u sułtana, 1737

***

Wallace Collection nie dorównuje sławą British Museum czy National Gallery w Londynie, ale i tu jest co oglądać. Najbardziej znanym obrazem, jaki jest tam prezentowany, jest bez wątpienia Huśtawka, o której wspominałam Wam w odcinku o Skradzionym pocałunku Jeana Honore Fragonarda. Ogólnie muzeum to słynie przede wszystkim ze sztuki francuskiej XVIII wieku. 

Dwa obrazy z dawnej kolekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego, jakie się tutaj znajdują, również zaliczają się do tej kategorii. Są to dzieła największych gwiazd francuskiego rokoka. Zabawa w lesie to dzieło Nicolasa Lancreta, natomiast Koncert sułtana wyszedł spod ręki Carla van Loo, zupełnie nieznanego dziś artysty, który odnosił wielkie sukcesy za panowania Ludwika XV. To właśnie ten drugi obraz będzie szczególnie nas interesować. Zabawa w lesie to typowy przykład fêtes galantes, a więc sielankowych, dworskich scenek, o których mówiłam już sporo w odcinku o Fragonardzie. Koncert u sułtana to również scena rodzajowa, ale innego rodzaju i wygląda na to, że nie rozmawialiśmy jeszcze o tym typie obrazów na łamach tego podcastu, a bez wątpienia warto to nadrobić, bo czynniki, które doprowadziły do jego powstania miały wpływ na wiele obszarów życia, a nie tylko na sztukę. 

Zacznijmy od uważnego przyjrzenia się obrazowi. Przedstawia sułtana oraz młodą kobietę, najpewniej jego kochankę w otoczeniu dworu. Wszyscy z uwagą słuchają koncertu na klawesyn oraz trio smyczkowe. Już na pierwszy rzut oka coś się tu nie zgadza, a im dłużej patrzę na ten obraz, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. Wszyscy bohaterowie sceny, włącznie z muzykami, są ubrani we wschodnie stroje. Nie wyglądają jednak na takie, które faktycznie mogły być noszone na osmańskim dworze. Największy problem mam z ubraniami noszonymi przez panie, którym spod etoli z lamparciej skory wydają się wystawać koronkowe kołnierze. Sułtan również wygląda podejrzanie europejsko. Przypomina mi raczej starotestamentowych proroków z obrazów Rembrandta. Gdyby nie tytuł, na pewno nie wzięłabym go za osmańskiego władcę. Do tego koncert grany jest na typowo europejskich instrumentach, a wnętrze, w którym się odbywa, wygląda jak zachodni pałac. Jedynym detalem, który wydaje się sugerować, że jesteśmy na sułtańskim dworze, jest dywan leżący na podłodze. Nie wygląda to jednak zbyt wiarygodnie.

Carla von Loo wystawił Koncert u sułtana w towarzystwie pendant czyli bliźniaczego dzieła o podobnej tematyce. Na tym drugim obrazie również był obecny sułtan, ale nie słuchał na nim muzyki, tylko pozował do portretu. Co ciekawie, malarz uwieczniony za sztalugami to Carle van Loo we własnej osobie. Dająca koncert śpiewaczka przypomina z kolei jego żonę. Oba obrazy przedstawiały więc tę parę paryskiemu towarzystwu i reklamowały ich talenty. Ten drugi obraz znajduje się obecnie w kolekcji Virginia Museum of Fine Arts w Richmond

***

Jaki z tego wniosek? Pewne jest jedno — Carle van Loo nie był nigdy w Imperium Osmańskim i niewiele wiedział o życiu w tym kraju. Jego obraz to czysta fantazja na temat tego, jak może wyglądać otoczenie sułtana. Namalował go na dość wczesnym etapie swojej twórczości, gdy eksperymentował z wieloma różnymi gatunkami malarskimi. W tym wypadku wstrzelił się jednak w dziesiątkę. Gdy wystawił Koncert u sułtana na paryskim Salonie, z miejsca zdobył uznanie publiczności. Czy nie przeszkadzało im to, że wizja ta jest tak daleka od rzeczywistości? Ani trochę — oni także nie wiedzieli przecież, jak wyglądają sułtańskie pałace. Byli jednak ich ogromnie ciekawi i to właśnie dlatego tak bardzo spodobał się im obraz Carla van Loo. Ciekawi to właściwie mało powiedziane. Początek XVIII wieku to we Francji czas wielkiej fascynacji Turcją i Bliskim Wschodem w ogóle.

Zastanawiacie się pewnie, co było tego przyczyną. Przez lata Imperium Osmańskie budziło w końcu raczej lęk niż ciekawość. Postrzegano je jako wrogi, barbarzyński kraj i wielkie zagrożenie dla Europy i chrześcijaństwa w ogóle. Zauważcie jednak, że w 1683 roku sytuacja znacząco się zmieniła. Turcja została wtedy pokonana w Bitwie pod Wiedniem i był to ewidentny dowód na to, że Imperium Osmańskie nie jest aż tak potężne, jak wszystkim się wydawało. Potem stało się coś jeszcze bardziej nieoczekiwanego. Zamknięta dotąd Turcja zaczęła otwierać się na zachód. W europejskich stolicach zaczęli bywać osmańscy dyplomaci, a do Stambułu tłumnie ruszyli europejscy podróżnicy, którzy wcześniej nie byli tam szczególnie mile widziani. Efekty tej wymiany szybko stały się widoczne w życiu codziennym i w sztuce. Zjawisko to ma nawet swoją nazwę — turquerie, czyli turecczyzna. 

W 1737 roku, a więc w momencie gdy Carle van Loo skończył pracować nad Koncertem u sułtana, moda na turquerie wciąż była w dość wczesnej fazie rozwoju. Do Francji docierały pierwsze relacje przybywających w Stambule podróżników, ale wciąż były one nieliczne i co ważne w większości nie były one ilustrowane. W ciągu kilku najbliższych lat miało się to jednak zmienić. Wymiana handlowa z Imperium Osmańskim z roku na rok zyskiwała na intensywności. Przybywało też relacji z wypraw na wschód. Dzięki temu obraz Turcji w oczach Europejczyków zaczął się wyostrzać. Gdy 10 lat później słynna Madame Pompadour poprosiła Carla van Loo, aby namalował ją jako Turczynkę, nie przedstawił jej na krześle w europejskim wnętrzu. Zamiast tego usadził ją na dywanie wśród miękkich poduch. W lewą dłoń włożył jej fajkę, a w prawą porcelanową filiżankę, którą czarnoskóra służąca właśnie wypełnia kawą. 

Carle van Loo, Madame Pompadour w roli sułtanki, 1747, Musée des Arts Décoratifs w Paryżu

***

Trudno więc, żeby ekscytował nas widok Koncertu u sułtana. Oddziaływał on w ten sposób na widzów przez bardzo krótką chwilę, gdy w Europie dopiero rodziła się fascynacja Turcją. Już dla Stanisława Augusta musiała to być mocno anachroniczna wizja, tym bardziej że Rzeczypospolita miała znacznie więcej kontaktów z Imperium Osmańskim, więc kultura tego kraju nie była dla naszych rodaków aż tak egzotyczna. Wciąż pamiętali jednak o sukcesach Carla Van Loo. Swego czasu był on w końcu pupilem francuskiej arystokracji, a potem nawet nadwornym malarzem króla Francji Ludwika XV. Podejrzewam, że to właśnie dlatego Stanisław August Poniatowski tak wysoko cenił Koncert u sułtana — interesował on go głównie ze względu na nazwisko twórcy. Tematyka obrazu miała dla niego raczej drugorzędne znaczenie. Ja patrzę na niego jeszcze inaczej. Tym, co najbardziej mnie w nim intryguje, są niedorzeczności, którymi podzieliłam się z Wami na wstępie. Nie zrobiłam tego jednak po to, aby wyśmiać brak realizmu, tylko żeby pokazać Wam, że to właśnie te niepasujące do siebie szczegóły najwięcej mówią nam o czasach, w których powstał ten obraz. Jest on dla mnie świadectwem pewnego procesu, pamiątką po czasach, kiedy Europejczykom szczerze imponował turecki styl życia.  

Jeśli dobrze się rozejrzymy, dostrzeżemy znacznie więcej tego typu pamiątek, i co ciekawe natkniemy się na nie nie tylko w muzeach. Jedną z nich zapewne macie w salonie — chodzi mi o kanapę. Wierzcie lub nie, ale do XVII wieku w Europie nie znano takiego mebla. Pojawił się właśnie na skutek częstszych kontaktów z Imperium Osmańskim. Ślady tego procesu zachowały się nawet w języku, i to nie tylko w polszczyźnie. Słowa „sofa” wywodzi się właśnie z języka tureckiego, „Otomana” to z kolei francuski termin, ale jednoznacznie wskazuje on na źródło inspiracji dla tego rodzaju leżanki. Wcześniej szczytem wygody na europejskich dworach były wyściełane fotele, które zazwyczaj i tak nie były szczególnie komfortowe, bo miały idealnie proste oparcia. Wklęsłą linię otrzymały one dopiero w połowie XVIII wieku pod wpływem estetyki rokoka. 

Komfort ogólnie nie był mocną stroną europejskich wnętrz.  Wie o tym każdy, kto choć raz miał okazję usiąść w kościelnych lub rajcowskich stallach lub przynajmniej próbował sobie to wyobrazić. Rzeźbiarskie i snycerskie zdobienia, które je dekorują, są ucztą dla oczu, ale wielogodzinne siedzenie w takiej ławie musiało być prawdziwą udręką. 

Nie dziwi więc, że obrazy takie jak ten przedstawiający Madame Pompadour jako Turczynkę niosły się tak szerokim echem. W świecie, który nie znał idei wylegiwania się na miękkich poduchach, musiała być to prawdziwie bajkowa wizja. Wydaje mi się wręcz, że we wczesnym etapie zainteresowania Turcją, to właśnie przytulność, a nie egzotyka była tym, co najbardziej pociągało w tej kulturze Europejczyków. Fantazjowali o kraju, który nie zna chłodu, gdzie czas mija na beztroskim wylegiwaniu się na poduchach i popijaniu kawy. Stąd nagły wysyp obrazów przedstawiających europejskie arystokratki w tureckich sceneriach. Widzę w tym coś więcej niż modę, wyrażają one raczej pewną tęsknotę.

Im dalej w XVIII wiek, tym swobodniej poczynano sobie jednak z różnymi zapożyczeniami z osmańskiej kultury. Europejczycy zaczęli stopniowo przerabiać je na swoją modłę. Najwyraźniej widać to w meblarstwie. Pojawiło się mnóstwo nowych rodzajów mebli, będących wariacjami na temat tureckich otoman i sof. Powszechne było też łączenie ich w komplety wykonane w podobnej stylistyce. Dzięki temu można było odnieść wrażenie, jakby od zawsze stanowiły centrum europejskich salonów. Analogicznie było w przypadku pokojów kąpielowych — one także pojawiły się w Europie pod wpływem tureckim, ale gdy zyskały rokokowe, a potem klasycystyczne zdobienia, ich geneza zaczęła się stopniowo zacierać.

Z czasem doszło do tego, że Europejczycy zapomnieli, skąd wzięły się wszystkie te wygody i ponownie zaczęli patrzeć na ludzi ze wschodu z góry. Wtedy niewinna moda na turquerie przeobraziła się w zapewne lepiej Wam znany orientalizm. Styl ten był modny niemal przez cały XIX wiek. Najczęściej są to rozerotyzowane, pełne przemocy obrazy takie jak Śmierć Sardanapala, o którym opowiadałam Wam w jednym z odcinków z Luwru. Tym samym wschód znowu zaczął się jawić jako dziki i groźny, a przede wszystkim wymagający ucywilizowania. 

***

Wczesna faza tego trendu miała jednak zupełnie nieco inne oblicze. Moda na turquerie była co prawda bardzo powierzchowna, ale mimo wszystko wydawała się otwarta na dialog z obcą kulturą i była jej prawdziwie ciekawa. Cieszę się, że przy okazji wizyty w Wallace Collection nadarzył się pretekst, aby Wam o tym opowiedzieć. Na koniec wypadałoby jeszcze wyjaśnić, skąd wzięły się tu dwa obrazy z dawnej królewskiej kolekcji. Obydwa były wśród 40 obrazów, jakie król Stanisław August Poniatowski zabrał ze sobą do Petersburga, gdzie zmuszony był udać się po abdykacji. Jeszcze za życia rozdał wiele z nich carskim dworzanom i urzędnikom, dziękując w ten sposób za drobne przysługi lub po prostu spłacając długi. Towarzystwo w parku i Koncert u sułtana pozostały z nim jednak aż do śmierci. W ręce rosyjskiej arystokracji trafiły najpewniej na którejś z pośmiertnych aukcji, na których wyprzedawano majątek polskiego króla. Potem i tamte kolekcje jednak się rozproszyły, w efekcie czego obrazy trafiły do zbiorów brytyjskich — najpierw prywatnych kolekcji, a potem do Wallace Collection. I w tym przypadku nie ma więc najmniejszych szans na odzyskanie tych dzieł. W Łazienkach Królewskich znajdziecie jednak inny przykład turquerie. Maleńki, ale niezwykle interesujący obrazek Jeana-Étienne’a Liotarda, pierwszego zachodnioeuropejskiego malarza, który rzeczywiście odwiedził Stambuł. Przedstawia damę w tureckim stroju z wachlarzem, podejrzewa się, że może to być Lady Montagu, żona brytyjskiego ambasadora w Imperium Osmańskim. Ta miniaturka także należała do Stanisława Augusta Poniatowskiego. Polecam Wam przyjrzeć się jej dokładniej przy kolejnej wizycie w Pałacu na Wyspie. My tymczasem zostajemy w Londynie, bo mamy do sprawdzenia jeszcze jeden trop związany z dawną królewską kolekcją.

Jean-Étienne Liotard, Dama w tureckim stroju z wachlarzem, 1738-71, Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie

Źródła:

Muzyka wykorzystana w odcinku pochodzi ze strony Epidemic Sounds oraz Free Music Archive

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Historyczka sztuki, copywriterka i storytellerka. Od lat zaprzyjaźniona z klawiaturą. Mikrofon dopiero oswaja, ale czuje, że i ta znajomość ma przyszłość.

Dołącz do dyskusji

Odcinek 8